Jako, że nie mam parcia na sylwestrowe szaleństwa, nie miewam też oficjalnie legitymizowanego Pierwszostyczniowego Syndromu Dnia Następnego. Ostatni wieczór 2016 roku spędziłam w domu w towarzystwie moich zwierzaków, muzyki Behemotha i Rotting Christ oraz książek, przy kieliszku czerwonego wytrawnego wina.

Piękna, słoneczna pogoda i wyjątkowo czyste powietrze zachęcały do aktywności w plenerze. Wzięłam więc termos z moim ulubionym pu-erhem, do plecaka zapakowałam Olka, na smycze wzięłam psy i poszliśmy nad niedalekie jeziorko (tzw. Piaski).

Nie licząc pojedynczych spacerowiczów i jednego rowerzysty, było pusto i cicho, czyli tak, jak najbardziej lubimy. Na przełomie lata i jesieni grupa lokalnych aktywistów zorganizowała piękną akcję sprzątania całego terenu, w efekcie czego spacer był czystą przyjemnością. Obeszliśmy całe jeziorko (zamarznięte, ale nie ryzykowałam wchodzenia na lód ;)).

To był jeden z tych dni, kiedy nie mam żadnych wielkich aspiracji fotograficznych. Kiedy mam ochotę po prostu „porobić” kilka mniej lub bardziej badziewnych widoczków, na luzie, niezobowiązująco, ale w zgodzie z moją introwertyczną naturą. Czasami tak też trzeba, na wyczyny przyjdzie czas – w sumie to wracając do domu i patrząc na lokalne hydrotechniczne obiekty na kanale żeglownym Odry układałam sobie w myślach kadry i pomysły, ale wybiorę się tutaj przy innej okazji 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website