canon eos 50EJakiś czas temu M. sprezentował mi nieużywanego przez siebie Canona Eosa 50E. Na szczęście przyjął w zamian pakiet kraftowych piw 🙂

Jestem przypadkiem beznadziejnym jeśli chodzi o sentyment do analogowej fotografii. Mało tego – należę do tego podgatunku ludzi, którzy uważają, że jak fotografia analogowa, to tylko czarno-biała.

Gdy wzięłam tego Canona w ręce, od razu poczułam to „coś”, czego nie ma popularna współczesna cyfrówka (profesjonalnych dużych pełnoklatkowców nie liczę, na takiego póki co mnie nie stać). Jest duży, ciężki, jest za co chwycić (nie umniejszając niczego mojemu poczciwemu Olkowi E-500). Do tego ma dolnego gripa, do którego jak półtora miesiąca temu załadowałam komplet enelopów, tak cały czas aparat pokazuje, że są „pełne”.

A gdy spojrzałam przez wizjer, mój zachwyt osiągnął stan absolutny – piękny, duży, wyraźnie widoczny kadr. Dający pełnię możliwości ręcznego ustawiania ostrości. Najprawdziwszy pryzmat pentagonalny, a nie system malutkich luster, jaki stosuje się w cyfrakach (tych z niezbyt wysokiej półki).

I ta magia dźwięku przesuwanej kliszy, to uczucie, gdy po wykonaniu zdjęcia nie ma opcji podglądu gotowego zdjęcia na ekranie LCD, ale trzeba cierpliwie „wypstrykać” całą kliszę, żeby w końcu się doczekać. Przyznaję, że fotografia analogowa uczy cierpliwości jak mało co. I dokładności – płacąc minimum 16 zł za 36-klatkowego Ilforda nie można go marnować na byle jakie „pstryknięcia”.

Tak się złożyło, że listopad i grudzień były dla mnie bardzo pracowite – nadgodziny oraz dodatkowe obowiązki w szkole, praca w weekendy, do tego treningi i zwykła szara codzienność nie pozwoliły mi udać się gdzieś w plener na bardziej przemyślaną sesję. A jak trochę czasu już było, to pogoda kompletnie nie sprzyjała.

Na szczęście 23 grudnia nie było ani deszczowo, ani za ciepło, był za to już dzień wolny od zajęć. Tradycyjnie jak co roku pojechałam więc do Gross-Rosen. Sprzęt zapakowałam do plecaka, do tego dyżurny zestaw: termos z ulubionym pu-erhem, kanapki z hummusem i innym „zielskiem”, jakie pałętało się w lodówce oraz książka.

Przesiadka we Wrocławiu, potem 20 minut czekania w Jaworzynie Śląskiej, gdzie spotkałam fajnych ludzi z równie fajnym whippetem. Whippet dał się wygłaskać, odwdzięczył się serdecznym całusem i przesłodką miną 🙂 Państwo za chwilę pojechali do Wrocławia, a ja wsiadłam do pociągu jadącego do Legnicy.

Z Jaworzyny do Rogoźnicy jedzie się tylko 20 minut, więc krótko. Patrzę przez okno, a tam ciemno, ponuro, pochmurno i mgliście, a ja, nie wiem dlaczego, jeszcze w domu założyłam do aparatu film o czułości 100. Wymieniłam więc na 400. Chwilę pogawędziłam z chłoptasiem w wieku mniej więcej moich uczniów (17-18 lat) o aparycji typowego hipstera, który jednak całkiem nieźle kojarzył analogowe i czarno-białe sprawy 🙂 Nieco był zawiedziony, jak po minięciu Goczałkowa zaczęłam się ubierać, no ale żadna podróż nie trwa wiecznie.

W końcu Rogoźnica. Wysiadłam z pociągu i ruszyłam znaną dobrze drogą. Aby dojść do Gross-Rosen, trzeba przejść przez całą miejscowość. Najlepiej się idzie na skróty przez park, obok kościoła, później chwilę wzdłuż ulicy, i niedługo potem opuszcza się zabudowania. Jakieś 50 metrów trzeba przejść niestety poboczem drogi (trzeba mieć na sobie jakiś element odblaskowy!), ale zaraz potem można odbić w polną drogę, która po niecałym kilometrze łączy się z niebieskim szlakiem turystycznym prowadzącym ze Strzegomia do Jawora (lub z Jawora do Strzegomia – jak kto woli).

Droga z Rogoźnicy do Gross-RosenNa tej właśnie drodze dokonała się moja analogowa czarno-biała „inauguracja”. Pierwsze zdjęcia robiłam takim sobie Pentaconem 50 mm. Takim sobie, bo coś mu się stało w przysłonę i nie chce się zamykać, w efekcie czego można nim robić zdjęcia tylko z maksymalną dziurą. Niestety rozmydla to trochę foty, co widać. No, ale obiektyw otrzymany też w prezencie, więc chciałam go przetestować przy okazji.

Niemniej jednak coś tam wyszło, wiec narzekać nie mogę, ale inwestycja w jakąś sensowną pięćdziesiątkę jest niezbędna.

Idąc tak w kierunku Gross-Rosen, słysząc pracę okolicznych kamieniołomów granitu, miałam wrażenie, że przekraczam jakąś dziwną granicę, poza którą inaczej się postrzega rzeczywistość. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale odczuwam to w każdym z TYCH miejsc. A na swój sposób w każdym z miejsc historycznych.

Gross-Rosen 18860034

 

 

 

 

 

 

 

Nie potrafię też opisać tego, co czuję, gdy przekraczam bramę główną. Gdy wchodzę w cień jej granitowego sklepienia. Po prostu brakuje mi w naszym języku odpowiednich słów – może dlatego wolę fotografie?

Choć część mojej pracy to edukatorska działalność w tematyce Holokaustu i totalitaryzmu, to wciąż mam duże problemy, aby opowiadać. Dlatego tutaj poprzestanę na fotografiach. Jest mi znacznie łatwiej, gdy w TYCH miejscach jestem sama, a od wszystkiego, co rozprasza, mogę się odizolować, skupiając się wyłącznie na tym, co widzę przez wizjer aparatu.

18860015To były trudne godziny. Lodowaty wiatr zawiewał od strony Karkonoszy, palce marzły trzymając gripa – ale co z tego? Nie byłam głodna, nie byłam wycieńczona pracą w pobliskim kamieniołomie i głodowymi racjami żywnościowymi. Nie byłam doprowadzona do skraju wytrzymałości. Gdy tylko chciałam, mogłam bramę z napisem „Arbeit macht frei” przejść w drugą stronę i wrócić do domu. Jako wolny człowiek.

 

Nie umiem powiedzieć, co mnie trzyma zawsze tam tak długo. 4-5 godzin w praktycznie pustym miejscu, którego rzeczywistość zdaje się być odgrodzona od reszty świata rzędem kolczastych drutów.

Gross-RosenCzas mijał jednak nieubłaganie i ani się zorientowałam, jak nastała godzina 15:30 i trzeba było zacząć myśleć o powrocie. Akurat wtedy niebo się rozpogodziło, pokazało się słońce i swoimi czerwonymi promieniami otuliło Gross-Rosen. W tych ostatnich minutach dnia zrobiłam kilka ujęć przy bramie głównej i ruszyłam w drogę powrotną. Wcześniej było zimno, teraz zrobiło się błyskawicznie mroźno.

I tak idę z kompletnie zrytą głową, zimno jak szlag, a towarzyszą mi wokół różowawe, pastelowe odcienie zimowego, długiego wieczoru.

Droga, która była rano z lekka błotnista, teraz jest twarda i chrupiąca pod nogami. A mój zryty do cna mózg przypomniał sobie o swojej tolkienistycznej naturze:

Ziemia zmarznięta,
stopy nam pęta. 

I tak ta „piosenka” Golluma towarzyszyła mi przez resztę drogi. Po drodze, w parku przy zamarzniętym jeziorku na chwilę przystanęłam. Jeziorko było puste, Smeagola-Golluma nie było.

W sumie to nikogo nie było.

Więcej zdjęć, w tym również z poprzednich sesji w Gross-Rosen można obejrzeć w galerii zadedykowanej temu miejscu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website