Nie wiem, kiedy minął ten weekend. Praca i jeszcze raz praca na dwóch, a nawet trzech frontach jednocześnie. W międzyczasie spacery z psami, na których, ku wielkiej radości moich terierów, gościła Szila, której opiekunka, a moja przyjaciółka jest na poważnym L4.

Z okazji ukończenia w zasadzie prac nad składem kolejnego już numeru kwartalnika „Alterbusiness.info” (wszelkie znaki wskazują, że jutro, czyli w poniedziałek pójdzie do druku), postanowiłam się nieco „odchamić” przy pomocy dużego ekranu. Ściślej mówiąc wybrałam się do kina. Pierwotnie miałam zakusy na „Powidoki” w reżyserii Wajdy, ale tak się złożyło, że akurat weszła na ekrany polsko-czeska produkcja „Ja, Olga Hepnarova”. „Powidoki” obejrzę w naszym kinie w Oławie (jest w repertuarze), natomiast z tym drugim filmem jestem związana osobiście i emocjonalnie, nie mogłam go więc przegapić.

W zasadzie to o nim właśnie chcę napisać kilka słów. Uwaga – poniższy tekst zawiera spoilery!

Dla niewtajemniczonych – główna bohaterka jest postacią historyczną, która zapisała się w jednym z najbardziej tragicznych wydarzeń Czechosłowacji z lat siedemdziesiątych. W efekcie swojego własnego pojmowania swojej roli, a raczej jej braku, w społeczeństwie, i obwiniając je o wszystkie krzywdy, jakie ją spotkały w życiu, wynajęła samochód ciężarowy „Praga” i z pełną premedytacją wjechała w grupę ludzi czekających na przystanku tramwajowym jednej z praskich ulic. Z dwudziestu potrąconych osób osiem zmarło. Olga po dokonaniu własnej zemsty nie uciekła, pozwoliła się aresztować, na procesie przyznała się do postawionych zarzutów i wyjaśniła rzeczowo i na swój sposób logicznie, dlaczego tak postąpiła. Po czym wnioskowała o karę śmierci dla siebie. Po ponad roku od procesu karę tę wykonano i była to ostatnia kara śmierci wykonana w byłej Czechosłowacji.

Film opowiada o życiu Olgi Hepnarovej, twórcy próbują pokazać cały ciąg zdarzeń, które doprowadziły do tak tragicznego w skutkach finału. Główną bohaterkę poznajemy, jak jest jeszcze w wieku szkolnym – w stanie głębokiej depresji, której jej matka-lekarz wydaje się w ogóle nie zauważać. W rodzinie Olgi nie widać ciepła ani serdeczności. Po nieudanej próbie samobójczej Olga trafia do ośrodka psychiatrycznego, gdzie nie ma łatwo, a cały ten bagaż doświadczeń niesie ze sobą przez dorosłe życie. Poczucie krzywdy skłania ją do coraz większego wyobcowania i izolacji od świata i ludzi, co z kolei sprzyja pielęgnowaniu tego poczucia krzywdy. A na to nakłada się cały czas niewyleczona depresja. I tak naprawdę w psychice głównej bohaterki powstaje bomba z tykającym zegarem, która w końcu wybucha.

Twórcy filmu postawili na oszczędność dialogów, uzupełniając je grą aktorską, mową ciała, wyrazem twarzy i spojrzenia. Film zrealizowany jest w konwencji czarno-białej – w sumie w wielu momentach przyjęta konwencja przypomina trochę „Idę”. Jeśli ktoś lubi taką formę filmową, w zestawieniu z komunistyczną scenografią (podniszczone, zaniedbane, obskurne budynki, ulice i wnętrza, zadymione knajpy etc.) i do tego interesuje się choć trochę psychologią i ogólnie pojętymi stosunkami społecznymi i międzyludzkimi, to film da mu do myślenia, i to mocno. Bo film JEST MOCNY, przypomina trochę pudło z czarno-białymi fotografiami, które po kolei wyciągamy i które same opowiadają obrazem, a dialogi pojawiają się w naszych myślach na chwilę – oszczędne, często po prostu banalne.

W postać Olgi Hepnarovej wcieliła się Michalina Olszańska i zagrała tę postać wspaniale. W filmie główna bohaterka nie mówi za dużo – ożywia się i daje mały popis elokwencji dopiero na procesie sądowym. Wcześniej jest skrajnie zamkniętą w sobie osobą, która mową ciała daje wyraźnie do zrozumienia: „odpier****cie się ode mnie”. Nawet jej związki intymne mają praktycznie wyłącznie wymiar „instrumentalny”.

Film się dobrze ogląda, trzeba się jednak psychicznie nastawić na taką formę i warto zwracać uwagę na szczegóły – czy to scenografii, czy gesty i mowę ciała aktorów. W ogóle od strony psychologicznej jest to naprawdę kawał dobrej roboty.

Niestety nie mogę tego powiedzieć w kwestii najbardziej dramatycznej sceny masakry na przystanku. Zabrakło mi bardzo ujęcia na zwyczajny, normalny ruch uliczny, tym bardziej, że takie sceny były filmowane. Olga, zanim dokonała czynu ostatecznego, zrobiła wynajętą „Pragą” rundę po mieście w poszukiwaniu najlepszego miejsca. W filmie w rezultacie nie ma pracowicie wykonywanej scenografii przystanku tramwajowego (w tym przepięknych kopii witryn sklepów „Mleko” i z odzieżą). W ogóle cała scena dzieje się „momentalnie”. Chwila, dosłownie kilka sekund i po sprawie. I cisza. Nie widać bogatej choreografii, ani tego dramatycznego wyrzutu koszyka z porzeczkami (o ile dobrze pamiętam), które były kilkakrotnie pieczołowicie zbierane z chodnika 🙂

Niemniej jednak miło było zobaczyć swoje nazwisko w napisach końcowych w ekipie kaskaderów 🙂 I miło było się przekonać po zakończeniu seansu, że nie tylko ja spośród widzów pracowałam na planie w lipcowym 35-stopniowym upale, smażąc się przez dwa dni na ulicy Roosevelta we Wrocławiu. Była też koleżanka, która dublowała Michalinę. Były osoby statystujące na planie. Pogratulowaliśmy sobie, wzajemnie biliśmy sobie brawo i tym optymistycznym akcentem zakończył się seans jednego z bardziej mrocznych filmów, jakie ostatnio oglądałam. A poniżej zdjęcia naszej kaskaderskiej ekipy.

 

10246361_1422232658063535_8959331928678565720_n 10479075_1422232891396845_8893409824838530011_n

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website