Drugi pod rząd niedzielny wieczór spędziłam w kinie (choć tym razem już nie w pojedynkę, ale w towarzystwie Ł.). 27 stycznia była premiera filmu Kłamstwo. Film opowiada o wydarzeniu, które miało miejsce pod koniec ubiegłego wieku – o trwającym prawie pięć lat procesie o zniesławienie, w którym oskarżycielem był David Irving, brytyjski „historyk”, a oskarżoną – profesor Deborah Lipstadt, amerykańska badaczka tematu Holokaustu. Deborah w procesie praktycznie milczy – reprezentuje ją zespół brytyjskich prawników.

Wydawałoby się, że taki proces jest nie do pomyślenia, że jest on możliwy wyłącznie w jakimś fikcyjnym, oderwanym od rzeczywistości świecie. Strona oskarżona bowiem musiała udowodnić, że… Irving kłamie i fałszuje historię, publicznie negując Holokaust, twierdząc, że jest on wytworem spiskowej teorii dziejów, ukutej przez środowiska żydowskie w celu wyłudzenia odszkodowań. Że w Auschwitz nie było komór gazowych, że Hitler nigdy nie wydał rozkazu eksterminacji Żydów. A Żydzi ginęli „między innymi”, bo przecież w każdej wojnie giną ludzie.

Pół wieku po II wojnie światowej, po procesach sądowych w Norymberdze, Krakowie i Frankfurcie, jakie odbyły się po jej zakończeniu, w obliczu bogactwa źródeł, relacji Świadków (w tym nielicznych ocalałych byłych więźniów Sonderkommando), potrzeba było pięciu lat, kilku milionów funtów, aby po raz kolejny udowodnić, że Holokaust miał miejsce, że się wydarzył. Naprawdę. Że to nie jest ściema.

Film pokazuje widzowi bliżej postać Davida Irvinga jako człowieka w wielu aspektach sympatyzującego z poglądami Hitlera. Człowieka znajdującego poklask i uznanie w środowiskach neofaszystowskich, rasistowskich. Umiejącego mistrzowsko wykorzystać emocjonalne postawy swoich przeciwników. Widzimy go jako wspaniałego manipulanta i populistę, który potrafi zabłysnąć intelektem. I dlatego jest tak bardzo niebezpieczny. Można się wkurzać, oburzać na jego negowanie faktów, można twierdzić, że jego negację można przyrównać do kompletnego absurdu takiego, jak np. twierdzenie, że Ziemia wcale nie jest sferą.

Tyle, że ten absurd jest, żyje i ma się dobrze. I znajduje swoich oddanych fanów.

Właśnie to jest w tym filmie najbardziej wstrząsające. Nie sam temat – jest on znany. Nawet sfilmowany fabularnie (Szara Strefa, Syn Szawła).  Ale to, że potrzebny był tak olbrzymi nakład pracy, czasu i środków finansowych, aby po prostu udowodnić rzecz oczywistą.

I jest to niepokojące, bo pokazuje, jak wielką siłą jest podszyty ideologią populizm, który de facto ma w otaczającej rzeczywistości coraz większy udział.

W tym świetle bardzo symboliczna staje się ostatnia scena, ostatnie ujęcie kamery na druty Birkenau, a potem zbliżenie na ruiny krematorium – na końcu widać tylko ciemność.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website