Do refleksji na ten temat skłoniła mnie niedawna wymiana postów Arturem na FB, pod fotografią, jaką Artur zrobił na terenie Birkenau. Zrobił ją telefonem. Głównym motywem fotografii są druty ogrodzenia, róża na nich (choć na pierwszy rzut oka nie jest widoczna, choć jest na pierwszym planie) oraz słońce – zdjęcie jest wykonane pod światło. Fotografię można obejrzeć pod tym linkiem.

Moim subiektywnym zdaniem fotografia jest bardzo dobra – historia Auschwitz-Birkenau to wielka pasja autora, który robi olbrzymią pracę upamiętniającą to miejsce. I tę pasję widać na jego zdjęciach, pomimo, że robione telefonem, pomimo, że Artur, jak zawsze skromnie, pisze, że się nie zna na fotografii.

I taka refleksja mnie naszła. Pasja, serce i wrażliwość – nie da się bez nich zrobić dobrych fotografii. Nawet mając wypaśny sprzęt, super obiektywy, na które się oszczędzało kasę przez ileś miesięcy – bez emocjonalnego pierwiastka można zrobić zdjęcia poprawne technicznie i dobre jakościowo. O fotografiach, jakie powstają bez wczucia się w atmosferę miejsca / wydarzenia, bez pomysłu, co się chce nimi przekazać (nawet jeśli tego nie ubierzemy w słowa, bo nie zawsze się da) nie da rady opowiedzieć żadnej historii.

A to zdjęcie Artura opowiada samo. Kontrastem pomiędzy słońcem, kojarzącym się z ciepłem i życiodajnym światłem, a posępnością ogrodzenia, ciągnącego się we wszystkich kierunkach, jakby jego architekci, opanowani obłąkaną wizją swojego świata – chcieli uwięzić za nim wszystkich swoich wrogów. I jak człowiek się zapatrzy na te druty w dalszych planach, wraca wzrokiem do planu pierwszego i spostrzega samotną różę, której ciemny kształt odcina się bardzo wyraźnie, dlaczego więc nie zwraca uwagi na samym początku?

Czytałam w książkach o fotografii i projektowaniu, napisanych przez mądrzejszych ode mnie, że kontrast niejedno ma oblicze i nie jest to tylko odpowiednie dobranie kolorów czy światła i cienia. To też kontrast metafor, który w połączeniu z tym powyższym wzmacnia bardzo przekaz fotografii / projektu.

Tak więc – to nie aparat robi zdjęcia, ale człowiek. Swoją umiejętnością dostrzeżenia tego czegoś, co akurat współgra z jego wrażliwością. I to jest chyba w fotografii najpiękniejsze.

Żeby nie było, że wpis znów bez grafiki. Wrzucę moje zdjęcie. Też jest na nim różyczka. Zostawiona przeze mnie i towarzyszących mi przyjaciół. Na tej fotografii to właśnie ta różyczka jest najważniejsza. Ujęcie wybrane spośród kilkunastu innych. Robione 9-letnim Olympusem E-500, z dołączonym prawie 40-letnim obiektywem stałoogniskowym (radziecki Jupiter 135 mm na gwint M42). Ostrość ustawiana manualnie, ale z potwierdzeniem – niestety Olek E-500 ma dość kiepski wizjer i potwierdzenie ostrości jest niezwykle pomocne.

Zdjęcie w sumie takie sobie… ale po prostu mi zależało, aby właśnie takie zrobić. Poza tym – czym jest trochę błota na spodniach i w butach od ciągłego przyklękania podczas fotografowania – w obliczu całej mrocznej i tragicznej historii tego miejsca?

Pewnie, że dobry sprzęt się prBirkenauzydaje i warto go mieć. Ten stary Jupiter, jak wiele obiektywów tego pokolenia, kompletnie nie radzi sobie ze zdjęciami pod światło. Stąd zupełnie nie wyszły tak, jak chciałam kadry robione pod Bramą Śmierci w kierunku rampy. Ale akurat wtedy słońce już zachodziło… Co innego jednak mieć dobry sprzęt i się nim pochwalić poprawnym, ale ogólnie nijakim zdjęciem, a co innego zgrać jego możliwości z własną wrażliwością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website