Weekend 11-12 marca upłynął zdecydowanie zbyt szybko. Spędziłam go wraz z przyjaciółmi z naszej wrocławskiej grupy treningowej ARMA-PL w Warszawie, na corocznym zlocie naszego stowarzyszenia. Pomimo ciągle nie do końca sprawnych pleców, cudownie było skrzyżować miecze z kolegami z innych grup treningowych, spotkać się, porozmawiać, pośmiać i naładować akumulatory. Wspaniale było prowadzić na spółkę z D. i R. warsztaty z ogólnorozwojowych sposobów na większe lub mniejsze sponiewieranie siebie i swoich mięśni 🙂

DSC_0848

 

DSC_0857

Wracając z Warszawy zastanawiałam się przez chwil kilka, dlaczego w sumie lubię tam jeździć. Pomijając oczywistą oczywistość, jaką jest warszawska grupa ARMA-PL – fantastyczni ludzie, których strasznie lubię, jest jeszcze coś.

Ponieważ po zjeździe naszego stowarzyszenia miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu, a główne atrakcje naszego zlotu odbywały się na Żoliborzu, skorzystałam z okazji i podjechałam pod kościół św. Stanisława Kostki, aby wyczyścić pamiątkową tablicę mojego wujka – „Tkacza”, (o którym de facto w naszej rodzinie pamiętam już chyba tylko ja…). W sumie tablica się nadaje do odmalowania, ale to wymaga więcej czasu i wybiorę się innym razem, szczególnie, że teraz podróż do stolicy to niecałe 4 godziny pociągiem w bardzo cywilizowanych warunkach, więc da się całość ogarnąć w jeden dzień.

Gdy jechałam już na Dworzec Centralny, uświadomiłam sobie, że w Warszawie jest cały czas obecny duch tamtej dawnej atmosfery z czasu niemieckiej okupacji. Z jednej strony jest to coś bardzo ulotnego, bo przecież wszędzie widać nowoczesne budynki, szklane wieżowce, super wygodne, trochę „kosmiczne” tramwaje, niczym nie przypominające tych z czasów okupacji… Z drugiej strony w mieście ten duch jest. Może w nazwach ulic, może w murach pieczołowicie odbudowanych po wojnie budynków… A może w tej ciszy wokół żoliborskiego kościoła? Nie wiem, może to prostu tylko moja wyobraźnia, która jest moim przekleństwem? Bo ja tę atmosferę czułam nawet wczoraj na Bierhau w Paradox Cafe (swoją drogą przy ulicy Anielewicza…).

A drugą rzeczą, kompletnie inną, którą uwielbiam w Warszawie, jest Przestrzeń. Ta przez wielkie „P”. W żadnym mieście tak długo nie przechodzi się przez ulicę. W żadnym mieście jeszcze, widząc przed sobą konkretny obiekt, nie przeklinałam potem, że nie pojechałam komunikacją, bo się idzie, idzie, i idzie 😉 Wrocław w porównaniu z Warszawą sprawia wrażenie miasta, w którym architekt postawił sobie za cel zbudowanie maksymalnej liczby kamienic na jednostce powierzchni 😉 Nawet Plac Grunwaldzki wydaje się ciasny 😉

Kocham Wrocław, w którym czuje się historię – tę dawniejszą i – na szczęście – również tę przedwojenną – i wszystko to w atmosferze miasta kompletnie międzynarodowego. Ale Warszawa pod względem atmosfery historii wyczuwalnej nawet w otoczeniu drapaczy chmur jest po prostu fascynująca.

Takie refleksje po kolejnym już powrocie ze „stolYcy”…

A gdyby ktoś nie wiedział, czym jest wspomniane Bierhau (Bierhaw), poniżej ilustracja z jednego z traktatów z objaśnieniem 😉

17155731_10208536054059108_9197686091760183906_n

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website