Mój stosunek do wizjera w aparacie miał swoje wzloty i upadki. Swoją przygodę z fotografią zaczynałam jeszcze jako dziecko, asystując ojcu w urządzanej w łazience ciemni, gdzie odbywały się magiczne rytuały, w wyniku których na zanurzonym w wywoływaczu papierze fotograficznym pojawiał się obraz, zarejestrowany pierwotnie na czarno-białym negatywie przy użyciu starego, ciężkiego jak cholera, Zenita E. W pełni manualnego, pracującego z powszechnie wówczas używanymi stałoogniskowymi obiektywami na gwint M42, z manualnym ustawianiem ostrości.

Młodzieńczy rozwój i uprawiane w tamtym okresie pasje nie miały nic wspólnego z fotografią, więc to zasiane w dzieciństwie ziarenko trwało w uśpieniu przez wiele lat. Potem, w czasach studenckich, okazyjnie sięgałam po starsze i nowsze aparaty, co jakiś czas jednak, szczególnie podczas wyjazdów w góry, powracał do łask ciężki Zenit E z równie ciężkimi obiektywami.

W międzyczasie wybuchła moda na plastikowe, lekkie i niewielkie gabarytowo „małpki”. I w jakimś sensie, dźwigając „oldschoolowego” Zenita, zazdrościłam ich posiadaczom przede wszystkim wygody i mobilności. „Trach” i już, fota zrobiona. Nie trzeba myśleć o czasie naświetlania, przysłonie, nie trzeba mozolnie ustawiać ostrości na wybrany punkt…

Jakże ja byłam wtedy niedojrzała i głupia. Uległam tej wygodzie na dość długo. Niestety.

No, ale o wizjerach miało być. Więc będzie 🙂 Co by nie mówić złego o tych automatycznych, malutkich aparatach, były to jednak normalne aparaty na film i aby zrobić zdjęcie, trzeba było rzucić okiem w wizjer (no dobrze, może nie dosłownie – przynajmniej trzeba było w niego spojrzeć). Innej opcji nie było. Tyle tylko, że te wizjery były malutkie (bo gdzie w taki malutki aparat wpakować pentapryzmat?) i przez to niestety irytujące.

Kiedy więc pojawiły się na rynku pierwsze cyfraki, których ekrany, choć marnej jakości, i tak były większe od tych miniwizjerów a zdjęcia dostępne niemalże natychmiast, zapanował szał i fotograficzną scenę zaczął opanowywać coraz większy tłum ludzi fotografujących „w pozycji zombie”.

Przy różnych okazjach wtedy miałam do czynienia z aparatami cyfrowymi znajomych i owszem, wygoda jeśli idzie o czas „dostępności” fotografii była bardzo kusząca. I tak zaczęłam myśleć poważnie o zakupie własnego aparatu cyfrowego. Nie chciałam jednak malutkiego automatu, ponieważ zależało mi na większą kontrolą nad procesem fotografowania. Był to początek obecnego wieku, rok około 2003, na lustrzankę nie było mnie stać i w efekcie zakupiłam kompakta firmy Fuji z serii FinePix Pro, takiego nieco z wyższej półki. W świetle IthiluNie miał wymiennej optyki, ale przysłonę, ISO i czas naświetlania można było w nim ustawiać. Jak na owe czasy był to całkiem niezły sprzęt, którym zrobiłam całkiem sporo znośnych zdjęć, jak choćby to obok. Ten prosty aparat miał też to, co bardzo chciałam, aby miał – mianowicie wizjer. Nie optyczny co prawda, ale elektroniczny, niemniej była to już jako-taka (jak mawiają Japończycy) namiastka.

Jak mówią jednak, apetyt rośnie w miarę jedzenia, i tak też już niebawem stałam się właścicielką Olympusa E-500, lustrzanki może nie z wyższej półki (w sumie to nawet nie ze średniej), ale jednak lustrzanki. Z dwoma obiektywami „kitowymi”, ale jak na kitowe, mającymi zupełnie niezłe parametry. I w zasadzie tenże Olympus (nazywany czasami Olkiem) stał się moim towarzyszem na wszelkich wyjazdach, wypadach w plener, imprezach i nawet zrobiłam nim kilka komercyjnych sesji – tak, że finansowo zwrócił mi się z nadwyżką. Z nim zaliczyłam kolejne stadia fotograficznej ewolucji (z tzw. HDR-hole włącznie – od tego czasu nie lubię HDR-ów, a już na pewno tych przesadzonych).

Aż w końcu nadszedł moment zwrotu w kierunku fotografii tradycyjnej. Nie wiem, co było przyczyną. Wydaje mi się, że chęć oddania klimatu miejsc historycznych na zdjęciach czarno-białych. Ale zapewne również ewolucja, jaka dokonała się w moim mózgu. Po latach projektowania publikacji chyba zaczęłam inaczej nieco postrzegać świat i zauważać inne jego aspekty. W każdym razie tak się szczęśliwie złożyło, że M. postanowił sprezentować mi nieużywanego przez siebie Canona EOS-a 50E (w moim starym Zenicie E niestety jest problem z nieszczelną migawką). Niebawem uzupełniłam swój arsenał o dwa obiektywy stałoogniskowe: Zenitara 50 i Pentacona 200, odkopałam starego Jupitera 135 i w tym momencie na nowo odkryłam uśpiony wymiar dawnej pasji.

Oprócz dobrych, choć starych obiektywów, przyczynił się do tego w sporym stopniu bohater tego wpisu – czyli wizjer. Kto miał do czynienia ze sprzętem klasy zbliżonej do 50E, ten wie, jaki ma on wspaniały wizjer, i jak dobry wizjer sprawia, że fotografowanie jest czystą przyjemnością, a manualne ustawianie ostrości – sprawą kompletnie bezproblemową.

Bardzo lubię fotografować Canonem 50E jeszcze z tego względu, że ma on odpowiednio duże gabaryty, czego trochę brakowało mi w Olku (choć i tak się go bardzo wygodnie trzymało). A wyposażony w gripa jest wręcz fantastyczny. W tej fantastyczności nie przeszkadza mi nawet fakt, że aparat swoje waży i na dłuższych trasach ten ciężar staje się zauważalny (chociaż w obliczu ciężaru plecaka ze sprzętem treningowym to jest i tak nic :)).

Nie tak dawno zainwestowałam jeszcze w cyfrowego Canona 50D (praktycznie nowiutkiego, z przebiegiem migawki niecałe 200) i w zasadzie mogę teraz z czystym sumieniem stwierdzić, że teraz mam czym fotografować, i to z wielką przyjemnością.

Naprawdę, komfort pracy z dużym, wizjerem wykonanym na bazie pryzmatu pentagonalnego, zamiast na układzie niewielkich luster, jest jednym z moich priorytetów, w końcu przy kadrowaniu, ustawianiu ostrości etc. oko dość mocno pracuje, a lepiej aby pracowało w korzystnych dla niego warunkach. W dodatku Canon 50D wraz z obiektywem często waży na tyle sporo, że fotografowanie „na zombie” (bo można, LiveView jest) jest dość niewygodne. A jak jeszcze podepnę do niego jedno ze szkieł na M42, nazywanych też „metal i szkło”, to już w ogóle robi się na tyle kawał ciężaru, że oparcie go o głowę przy fotografowaniu przez wizjer jest zbawienne. O stabilizacji aparatu już nawet nie wspominam, bo ten trzeci punkt podparcia potrafi zdziałać cuda. Również fotografowanie w warunkach słonecznych jest bezproblemowe, bo w pozycji „na zombie” za diabła nic na ekranie nie widać…

Do tego jeszcze dochodzi jeden aspekt, dla mnie mający znaczenie psychologiczne. Patrząc przez wizjer, mentalnie odcinam się od świata zewnętrznego i łatwiej mi jest się skoncentrować na kadrowaniu i ustawianiu parametrów ekspozycji. Pewnie nie wszyscy tak mają, ale ja tak. Łatwiej mi też jest, gdy robię zdjęcia w miejscach takich, jak Auschwitz czy Gross-Rosen – fotografowanie pozwala mi w jakimś stopniu „skanalizować” emocje i przekierować nie zawsze dającą się okiełznać wyobraźnię na komponowanie kadrów.

Fotografowanie przez wizjer jest bardziej praktyczne, ergonomiczne i przyjemniejsze. Aby jednak można było się tą przyjemnością delektować np. w majowy słoneczny poranek, dobry, duży i jasny wizjer jest sprawą pierwszorzędną 🙂

A poniżej fota czosnaczka pospolitego. Canon EOS 50D, Zenitar 50 mm, ostrość manualna, przysłona chyba koło 4.

wiosna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website