Patrzę na ostatni mój wpis z końca maja i zastanawiam się, dlaczego od tamtego czasu tak bardzo zaniedbałam tego bloga. A w międzyczasie przecież wydarzyło się bardzo wiele. Egzaminy zawodowe z drukowania cyfrowego, przy których zjadałam własne nerwy jako asystent techniczny. Potem praca w komisji rekrutacyjnej, a potem w końcu niby-wakacje. „Niby” – bo zawsze było coś do zrobienia 🙂

Kolejny Tolk Folk i kolejny mój epicki udział w spektaklu teatralnym, w roli Finroda Felagunda (zorientowani w historii I Ery tolkienowskiego legendarium wiedzą, o kogo chodzi :)). O Tolk Folku muszę chyba napisać osobno, bo ta cudowna impreza warta jest dedykowanego wpisu. Krótkie szwendanie po górach, a potem znów praca nad kolejnym numerem „Magazynu Tenisowego C’Mon”.

Nasza ekipa CrossCamp Oława :)

CrossCamp Oława

Poza tym wszystkim stałe punkty programu, czyli aparat fotograficzny w garści, psy razem ze mną, letnie wschody słońca, śpiew ptaków (trochę za tym tęsknię). A oprócz tego wszystkiego – nowy element, jaki się pojawił w moim życiu i od razu rozpanoszył się i zawładnął moim sercem i duszą. Ten nowy element to CrossFit. Jak to się w ogóle zaczęło?

Od wielu lat siedzę po uszy w Dawnych Europejskich Sztukach Walki, współprowadząc z Piotrem, Dorą, Rafałem i Kubusiem wrocławską grupę treningową ARMA-PL. Jednak w ciągu ostatniego roku nie byłam w stanie ćwiczyć z intensywnością, do jakiej przywykłam. Powód – cholerny, dokuczający cały czas ból dolnej części pleców. I to taki, że rano zbierałam się z łóżka przez kilka minut, a jak wracałam po treningu i wnosiłam plecak ze sprzętem na pierwsze piętro – myślałam, że mi kręgosłup eksploduje z bólu.

Diagnoza ortopedy była jednoznaczna – jako, że na prześwietleniu nie znalazł nic, żadnej deformacji kręgosłupa, stwierdził, że to efekt „przeciążenia mięśni w odcinku lędźwiowym”. Oczywiście miałam zaprzestać treningów. Nie potrafiłam jednak. Rzadziej bo rzadziej, ale jednak byłam na treningach. Odpadły sparringi na pełnej prędkości, zajęłam się bardziej prowadzeniem treningów nastawionych na interpretację traktatów (tekstów źródłowych na temat fechtunku z okresu średniowiecza i renesansu).

Ponieważ jednak moje uzależnione od wysiłku fizycznego ciało domagało się swojego, zaczęłam w miarę regularnie ćwiczyć obwody z elementami pilatesu, do tego włączyłam ćwiczenia izometryczne. I tak jakby zroRunmageddonbiło się lepiej, zaczęłam nawet wracać do sparringów 🙂 W międzyczasie przyszła wiosna i podjęłam decyzję, że wystartuję we wrocławskiej edycji Runmageddonu. I tak 11 maja ubłocona od stóp do głowy, skrajnie zmęczona i obolała, ale szczęśliwa z pokonania prawie 6-kilometrowej trasy Rekruta z 50 przeszkodami wróciłam po południu do domu. Zakwasy, jakie miałam w następne dni, są nie do opisania. Po prostu ledwo byłam w stanie się ruszać. I wtedy postanowiłam, że coś z tym trzeba zrobić, że tak dalej być nie może. Lata lecą, już dawno w wiek średni człowiek wkroczył, a przecież mogę jeszcze bardzo dużo! Ludzie starsi ode mnie wymiatają tak, ze mózg staje, a ja??? Nie, tak dalej nie będzie.

I tak pewnego dnia, przechodząc obok naszego oławskiego Centrum Relax, widząc na zewnętrznej reklamie słowo „CrossFit” – totalnie, kompletnie spontanicznie, weszłam i spytałam. Niedługo potem zjawiłam się na pierwszym treningu – była to jakoś druga połowa maja.

Okazało się, że obudziłam w sobie crossfitowego potwora. Wsiąkłam.

W maju i czerwcu nie byłam w stanie pojawiać się na treningach częściej, niż dwa, a potem trzy razy w tygodniu. W lipcu zwiększyłam liczbę treningów do czterech, w sierpniu i wrześniu chodziłam codziennie, poza weekendami (czyli pięć treningów tygodniowo). Teraz, od października godzę CrossFit z szermierką, więc suma summarum daje mi to sześć treningów tygodniowo, z czego cztery to CrossFit. Tyle, że treningi ARMA-PL są dwugodzinne, klasyczny WOD crossfitowy trwa godzinę (ale jak tylko mam jak, to po treningu zostaję jeszcze w boxie na jakieś 40 minut, aby popracować nad mobilnością, nad podciąganiem na drążku lub chociażby całkiem dorżnąć się na ergometrze wioślarskim :)).

Ortopeda, który rok temu mi zalecił odpuszczenie treningów, chyba by osiwiał całkiem, gdyby się dowiedział 🙂 Tymczasem – po miesiącu treningów CrossFitu (zbiegło się to z letnią przerwą w treningach szermierki) przestały mnie boleć plecy! Tak kompletnie. Jedyny ból, jaki czułam to niewiarygodne zakwasy w mięśniach o których istnieniu nie miałam pojęcia. Zakwasy miewam często, ale pomału zaczęłam móc ćwiczyć coraz więcej, coraz intensywniej. Zaczął mi wychodzić kipping na drążku, pomału zaczęłam się dogadywać z dwubojem olimpijskim (choć rwanie sztangi do siadu to ciągle moja wielka „pięta achillesowa”), widziałam progresję w kilogramach branych na Front- i Back Squaty. Od 16 sierpnia do 22 września wykonałam projekt „10 000 kettlebell swings”. W pierwszy dzień projektu swingi robiłam kettlem 12 kg, na następny przerzuciłam się na 16 kg, a kończyłam całość projektu odważnikiem 20 kg.

Teraz, gdy piszę te słowa, mam za sobą cztery miesiące treningów CrossFitu. Regularnych, ciężkich, kończonych najczęściej w pozycji horyzontalnej na podłodze, w stanie „pośmiertnych drgawek”, totalnego zajazdu. Trening jutrzejszy pewnie też tak się skończy. Tyle tylko, że o ile na początku mojej przygody z CrossFitem na podłogę wysyłało mnie 15 powtórzeń Power Cleanów pustym gryfem 20 kg, tak teraz robię tyle samo powtórzeń z 30 kilogramami, w krótszym czasie, a potem mam jeszcze siłę na Wall Climby i Jump Box Over 🙂 Umieram później 🙂

CrossFit przewartościował i zmienił moje życie. Sprawił, że czuję się lepiej, że forma w jakiej aktualnie jestem, jest najlepsza od co najmniej ostatnich 10 lat. Pomógł mi uwierzyć, że mogę dużo i jeszcze więcej. Ten moment, gdy na zegarze zaczyna się odliczanie sekund do początku WOD-u jest dla mnie przeniesieniem w inny świat. Świat walki z samą sobą, ze zmęczeniem, bólem i własną psychiką. Jednak gdy już chwycę w dłonie chłodny gryf sztangi czy uchwyt kettla, zaczynam się czuć jak podczas wykonywania wymarzonego tatuażu – boli, ale jest to najsłodszy ból z możliwych 🙂 Potem jest tylko liczenie powtórzeń, ciało pracuje jak maszyna, zmęczenie to tylko sygnał od mózgu, który jest zdania, że nie – bo mięśnie, jak się okazuje, mogą jeszcze dużo 🙂 I na koniec, kiedy zegar odmierza ostatnią sekundę timecap’u, człowiek pada na podłogę próbując opanować drgawki i złapać oddech, następuje eksplozja endorfin. I to chyba jest najcudowniejszy moment całego dnia.

A na tych endorfinach potem się jedzie przez jakiś czas. I życie jest łatwiejsze, i praca wydajniej wchodzi – same plusy 🙂

Ciąg dalszy pewnie niebawem nastąpi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website