Dead lift. Martwy ciąg. Ćwiczenie ze sztangą (lub dwoma kettlami), którego wiele osób nie znosi.

Ja dzisiaj je pokochałam miłością wielką (choć niekoniecznie odwzajemnioną 😉 ).

Potrzebowałam czasu. Zaczynając treningi CrossFit cztery miesiące temu, byłam kompletnie nieprzygotowana do pracy z większym ciężarami i miałam problemy z mobilnością obręczy barkowej, w efekcie czego schylenie się, aby podnieść sztangę martwym ciągiem z prostymi plecami było dla mnie wyzwaniem. Dziś robiłam to prawie automatycznie, dochodząc do 65 kg i mając jeszcze z 5 kg w zapasie – doceniłam bardzo tak mozolnie rzeźbione mobility – rozciąganie, rolowanie (twardym rollerem), wbijanie w te najbardziej bolesne punkty piłeczki lacrosse i mentalne odpływanie w świat crossfitowego cierpienia 🙂

65 kg to niedużo, ale jeszcze miesiąc-półtora temu granicą nie do przekroczenia było dla mnie 50 kg. Mam nadzieję, że właściwe mięśnie dostały właściwe bodźce i po wieczornej dostawie białka i węglowodanów za jakiś czas przekroczę 70 kg i będzie jeszcze zapas 😉

To jest niesamowite, jak efektywnym treningiem jest CrossFit. Jednak, aby ta efektywność rzeczywiście zaistniała, trzeba spełnić jeden warunek: uczciwie, systematycznie ćwiczyć, dochodząc do maksimum swoich możliwości. I ignorować to, co próbuje przekazać mózg – że już więcej nie dam rady. Mózg jest rzecznikiem organizmu i jako rzecznik zawsze preferuje strefę komfortu.

Wyjście poza nią oferuje zupełnie inne wrażenia. Głębsze, z wyższym tętnem, zdecydowanie warte tego, aby ich doświadczyć, bowiem w rewanżu dostaje się taką dawkę endorfin, że potem organizm długo nie jest w stanie ich przejeść 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website