… nigdy nie będzie już takie samo 🙂

„Fran” – jeden z crossfitowych zunifikowanych tzw. benchmarków, czyli workoutów zawierających jedno lub więcej, na pozór niewinne ćwiczenie, wykonywane np. na drążku, ze sztangą, kettlem, na ergometrze, czy kurwibajku. I robi się to na czas. Nazwy tych sadystycznych metod na doprowadzenie człowieka do granicy pochodzą od imion co bardziej znanych huraganów: Fran, Isabel, Diane, Grace, Karen, Jackie…

FRAN.

Ten cytat Grega Glassmana, ojca CrossFitu, mówi sam za siebie:

FRAN-HEADER

Jak tylko się dowiedziałam, że dziś zostanie zapodana ta crossfitowa „wisienka na torcie”, od samego rana było mi inaczej. W pracy co jakiś czas dochodziła do mnie myśl: „cholera, dziś Fran”.

Wracam po pracy do domu, psy stęsknione, więc idziemy na spacer. Pobiegaliśmy trochę, aż się zrobiło cieplej, krew zaczęła szybciej krążyć, a lodowate powietrze przestało być lodowate 😉

Czas jednak nieubłaganie zmierzał do godziny 20:30, więc gdy była 19:30, trzeba było się zbierać. Pakuję treningową torbę i lecę.

Na miejscu chwila rolowania, potem rozgrzewka i czas start. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że z moim śmiesznym crossfitowym stażem, wynoszącym raptem pół roku, nie będę się porywać na ciężar RX-owy, i zamiast 30 kg, przygotowałam sobie sztangę 25 kg. Na RX przyjdzie czas za jakieś 4 miesiące przy następnej edycji re-testów.

3… 2… 1 – na zegarze start. Łapię sztangę i lecę z pierwszą serią 21 thrusterów (przysiad ze sztangą na barkach z przodu, potem wyprost i wyrzut sztangi nad głowę). Poszła bez przerwy – unbroken (kocham to słowo). Magnezja na łapy i hop na drążek. Jedno, drugie, trzecie podciągnięcie. Po dwunastym przedramiona już odmawiają współpracy. Do końca robię seriami po kilka powtórzeń. W końcu 21. Mam wrażenie, że płuca mi za chwilę eksplodują. Kilka oddechów, i znów łapię chłodny gryf, którego dotyk działa kojąco na zaorane drążkiem dłonie. Wdech, wydech i druga runda – 15 thrusterów. Po ósmym muszę na chwilę puścić sztangę, bo nie czuję chwytu. „Bierz ją z powrotem!!!” – krzyczy Max. No to biorę i lecę unbroken już do końca rundy.

Płuc już nie mam. Przepona ostatkiem sił pompuje tlen, ramiona mam jak ciała obce. Wskakuję na drążek i cztery razy się podciągam. Potem już robię po dwa powtórzenia. Odcina mi kompletnie przedramiona i bicepsy. Jakoś docieram do piętnastego powtórzenia, dłonie mnie palą.

„Dajesz, dajesz, bierz tą sztangę!!!” – Max jak zawsze niezawodny ze swoim dopingiem. Cholera, skutecznym. Zbieram się w sobie i trzecią, ostatnią rundę – 9 thrusterów robię… unbroken!!! Dziękując w myślach za przepracowane solidnie front squaty. Na resztkach, totalnych rezerwach robię ostatnie 9 podciągnięć – już po jednym, z kilkusekundowymi przerwami, bo nie daję rady inaczej. Ostatnie – jest – broda przy drążku – KONIEC!

Na zegarze 8 minut i 43 sekundy. Prawie 9 minut crossfitowego piekiełka, kiedy człowiek pomimo dochodzącego do niego dopingu jest sam ze sztangą, drążkiem oraz własnymi siłami, które nie tylko muszą sprostać wysiłkowi, ale i mózgowi, który buntuje się jak tylko może.

Kolejne 3 minuty leżę na podłodze, delektując się jej kojącym chłodem, próbując odzyskać płuca i władzę w ramionach. „Anita, żyjesz?” – słyszę troskliwe pytanie. Nie mam siły odpowiedzieć, więc wyciągam tylko rękę z kciukiem w górze.

Potem jeszcze sędziowałam koledze, który wcześniej sędziował mi i wspierał mnie 😉 Miał ładny czas – 6 minut z kawałkiem 🙂

Przeżyłam Fran. Zrobiłam w całkiem sensownym czasie, jak na półroczny crossfitowy staż, jeden z najcięższych workoutów niewiele poniżej RX-a. Workout, który w moim organizmie zadziałał jak huragan (Greg Glassman ma 100% racji). O ile thrustery weszły jak przysłowiowy nóż w masło, o tyle w podciąganiu na drążku dużo pracy przede mną. Owszem, mogłam sobie zeskalować podciągnięcia, ale nie chciałam – zależało mi na tym, aby mieć wynik jak najbardziej miarodajny i odzwierciedlający moją rzeczywistą sprawność. Nie chodzi tutaj wyłącznie o sam czas, bo re-testy to nie zawody. Ale o informację: „thrustery idą, ale na drążku tracisz czas” – i to jest konkret i wyznacznik dalszej pracy.

I motywacja jak cholera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website