Gdyby ktoś pół roku temu mi powiedział, że po tych sześciu miesiącach crossfitowej przygody spędzę pół dnia na warsztatach gimnastycznych, to bym się go spytała, czy go pogięło. A to dlatego, że zawsze byłam gimnastycznym antytalentem. Takim kompletnym, niezdarnym i do tego mającym traumę ze stania na rękach z wuefu ze szkoły podstawowej.

Ale stało się, życie pisze dziwne scenariusze, i mając cztery dychy z kawałkiem lat na karku postanowiłam, że przegryzę się z tą gimnastyką. Że choćby nie wiem co, ale ogarnę gimnastyczny filar CrossFitu. I się zawzięłam. O ile ćwiczenia izometryczne, takie jak plank, hollow czy arch, po szermierczej wieloletniej zaprawie wychodziły mi od samego początku OK i nie miałam z nimi problemu, o tyle pull-upy na drążku, toes to bar-y, stanie na rękach i takie cuda, jak dipy na kółkach gimnastycznych były jeszcze pół roku temu totalną abstrakcją. To znaczy na drążku jeden raz z ledwością byłam w stanie się podciągnąć, ale poza tym kupa i bieda z nędzą. Ale rzeźbiłam wszystko wytrwale, po treningach chwilę zostawałam i męczyłam pull-upy w wersji negatywnej (wybicie ze skrzyni do góry, broda do drążka i powolne, kilkusekundowe opuszczanie). W połączeniu z całą resztą workoutów dość szybko zaczęło to przynosić rezultaty. Teraz wykonam pięć-sześć podciągnięć strict unbroken. A że w międzyczasie opanowałam kipping (szybko mi wszedł i podpasował motorycznie, szczególnie po konkretnym wzmocnieniu mięśni korpusu oraz po odpracowaniu 10 tysięcy swingów kettlem), to teraz 15 pull-upów wspomaganych rzeczonym kippingiem wchodzi bez większego problemu, choć potem czuję zmęczenie, a momentami zdarza mi się jeszcze gubić rytm, choć coraz rzadziej.

W sumie to te pull-upy i toes-to-bar’y wyjątkowo mi podeszły i dzięki nim właściwie pokochałam drążek, a moje nastawienie do gimnastyki pomału zaczęło przybierać postać pytania: „może jednak nie jestem takim antytalentem? Może jednak jeszcze z siebie coś wykrzesam?”

Z takim nastawieniem zapisałam się na warsztaty gimnastyczne jakie 9 grudnia odbyły się w naszym oławskim boxie. Prowadziła je Adrianna Lipska, która jest trenerem personalnym, zawodniczką CrossFitu oraz działa w CrossFit Psie Pole we Wrocławiu.

Rozpiska warsztatów

Rozpiska warsztatów

Warsztaty obejmowały kompleksowe podstawy: ćwiczenia poprawiające mobilność wszystkich części ciała, progres w staniu na głowie, ćwiczenia podstawowe do stania na rękach i do pompek w staniu na rękach, podstawy pracy na drążku, ćwiczenia w wersji strict oraz kipping i jego zastosowanie w crossfitowej, specyficznej nieco gimnastyce 😉

 

Bardzo doceniłam (i polubiłam) ćwiczenia strict. Zrozumiałam też, że bez opanowanej tej wersji np. pull-upów, nie ma co szarżować z kippingiem. Jest on dużym obciążeniem dla ramion i tułowia; jeśli się wcześniej nie wzmocni mięśni i więzadeł ćwiczeniami w wersji strict oraz starannie przerobionymi izometrykami, ryzyko kontuzji jest zbyt duże. A ja nie lubię kontuzji i związanego z nimi stanu wyłączenia z treningów. Gimnastyka (i nie tylko) ma to do siebie, że trzeba spokojnie i cierpliwie zbudować najpierw fundamenty, a potem myśleć o ruchach bardziej zaawansowanych.

Podczas tych warsztatów dokonałam swojego małego przełomu i zwycięstwa – stanęłam na rękach tyłem do ściany. To było ćwiczenie, które zapisało się mocno negatywnie w mojej pamięci jeszcze w czasach szkolnego wuefu. Teraz jest dla mnie przyjemnością, choć wymagającą.

Ale za to L-sit w zwisie na drążku wchodzi jak chipsy lub słonecznik przy dobrym filmie. Uwielbiam to ćwiczenie.

Zwis aktywny na drążku

Ćwiczymy zwis aktywny na drążku

Ogólnie warsztaty minęły w rewelacyjnej, choć pracowitej atmosferze. Sześć godzin zleciało nie wiem, kiedy. Profesjonalizm Adrianny był poza wszelką konkurencją. A o umiejętnościach i poziomie nawet nie wspomnę… Za ilustrację wystarczy jeden komentarz kolegi: „Jak można jednocześnie to robić i tłumaczyć?” (chodziło o motorykę pull-upów z kippingiem :)).

Ostatnimi punktami warsztatów były podstawowe ćwiczenia na kółkach gimnastycznych. To mordercze, ale wspaniałe narzędzie przeczołgało mnie już na maksa, ale dwa ring-dipy (takie niby pompki, tyle, że z pozycji wsparcia na kółkach) w jednej serii oraz z 5-6 pojedynczych udało mi się wykonać 🙂

Na koniec każdy otrzymał certyfikat potwierdzający udział w warsztatach i zrobiliśmy sobie wspólną fotę 🙂 To była bardzo miło i produktywnie spędzona sobota, a Adriannę Lipską jako instruktora polecam wszystkim zainteresowanym.

Ekipa gimnastyczna Cross Camp OławaI naprawdę, warto się przyłożyć do treningu izometrycznego oraz ćwiczeń gimnastycznych w wersji strict. Nie chodzi o to, aby wymiatać jak Frank Medrano (tak, to ten obłędny mistrz street workoutu i w dodatku weganin;)) dziesiątkami sposobów na pull-upy, ale o to, aby zbudować bezpieczną bazę do kippingu, który owszem, dużo daje w kwestii wydajności, ale też dużo wymaga.

Warsztaty te otworzyły mi bardziej oczy na crossfitową gimnastykę. Po pierwsze, pokazały, jaki ogrom pracy przede mną. Po drugie jednak – zrozumiałam, że stopniowo, cierpliwie i po kolei rzeźbiąc podstawy, idzie się cały czas do przodu, aż w pewnym momencie uzbiera się tych małych kroczków do wymarzonego muscle upa. A po trzecie i najważniejsze – dotarło do mnie, że mogę dużo, że mój poziom gimnastycznego wytrenowania nie jest tragiczny. I choć mnóstwo muszę jeszcze przepracować, to widzę tego sens. Bo metoda małych kroków i drobnych sukcesów naprawdę daje radę 🙂

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website