W sumie to mogłabym już tak siebie określić. Mija bowiem 10 miesięcy, odkąd po raz pierwszy, w ciepłe majowe popołudnie zjawiłam się po raz pierwszy w normalnym, prawdziwym crossfitowym boxie. Wtedy zupełny świeżak, z duszą na ramieniu, nie wiedząc, czy w ogóle przeżyję pierwszy trening. Nie miałam najmniejszego pojęcia, że był to dzień, który zaważył na tym, jak zaczęło wyglądać moje życie później, który był tym małym kamyczkiem poruszającym lawinę. Teraz za to nie mam pojęcia, jak mogłam wcześniej żyć bez CrossFitu.

W międzyczasie wydarzyło się całkiem sporo rzeczy: dwie edycje warsztatów gimnastycznych, warsztaty z dwuboju olimpijskiego oraz zawody w Łodzi, które były moim debiutem – one będą tematem na osobny wpis. Teraz biorę udział w kwalifikacjach online do kolejnych zawodów – „We Love The Pain” i jeśli się zakwalifikuję (choć średnio to widzę, biorąc pod uwagę siłę konkurencji ;)), to 5 maja jadę do Gostynia na finały.

"Are you ready" - debiuty cross w Łodzi, 10 marca 2018

„Are you ready?” – Debiuty Cross w Łodzi, 10 marca 2018. Foto by Jarek Juszczak.

Właśnie dlatego napisałam w tytule ten „level 2”. Ciągle jestem beginnersem – po 10 miesiącach treningów, nawet uczciwie przepracowanych, po 5-6 razy w tygodniu, nie osiągnie się cudów. Owszem, skoczyła mi w górę siła, wydolność, ogólna sprawność, mobilność, ale ciągle „uczę się krossfitów” i tej nauki przede mną całe mnóstwo.

Niemniej jednak ten „level 2” jest zasłużony, ponieważ mając aspiracje zawodnicze, trenuję teraz więcej. Oprócz „normalnego” treningu, który zwykle trwa godzinę, ćwiczę dodatkowo zgodnie z planem, jaki nasz trener układa dla całej ekipy „CrossCamp Oława Competitors”.

Nie ćwiczę tyle, ile zawodowi zawodnicy – z prostej przyczyny – nie jestem zawodowcem, mam pracę, która wymaga ode mnie sporo oraz psy, które też mnie potrzebują. Dlatego zamykam się zwykle w około 2,5-3 godzinach treningu dziennie. W tym czasie mieści się też trening mobility, któremu poświęcam sporo czasu, ale wolę aby rolowanie, ugniatanie piłeczką lacrosse i rozciąganie zajęło mi te pół godziny i ograniczyć ryzyko kontuzji. CrossFit jest dla mnie pasją, uprawianą w pełni amatorsko, choć intensywnie, i zdrowie jest na pierwszym miejscu.

Wielkim i nieocenionym wręcz czynnikiem sprzyjającym jest fakt, że box mam na miejscu, 15 minut  pieszo. Nie tracę czasu na dojazdy, co pozwala mi go naprawdę sporo zaoszczędzić (a i po drodze mogę zrobić niezbędne zakupy).

Plusy krossfitowego życia

Mimo wszystko jednak – 3 godziny treningu dziennie to w skali tygodnia 18 godzin (bez niedzieli). Jest to na tyle dużo, że ogólnie życie nieco mi się poprzestawiało. Niektóre wcześniejsze aktywności musiałam ograniczyć, choć w znacznej mierze ograniczyłam to, co i tak trochę za bardzo zabierało czas: seriale na Netflixie oraz udzielanie się w różnych niekoniecznie potrzebnych dyskusjach i gównoburzach. Więc plus niewątpliwie jest, i to plus z tych bardzo dodatnich 🙂

Dłuższe codzienne treningi wymuszają również większą liczbę godzin snu. I tutaj nie ma zmiłuj – godzina 23, a mi, nocnemu markowi, zaczyna się urywać film i po prostu muszę iść spać. W efekcie na drugi dzień rano wstaję bardziej wypoczęta niż kiedyś. Drugi bardzo dodatni plus.

W związku z powyższym moja praca jest wydajniejsza, czyli na różne rzeczy poświęcam mniej czasu, w efekcie tego czasu tzw. wolnego nadal trochę mam. Trzeci plus.

Czwarty plus jest taki, że mam konkretny, określony cel – zawojować trochę w swojej kategorii wiekowej (Masters 40+ 😉 ), co jest zupełnie realne i o ile tylko (odpukać!) los nie przyniesie żadnych niespodzianek i kontuzji – do zrobienia w ciągu najbliższych kilku lat. Mając cel, mając do niego wytyczoną drogę, którą codziennie pokonuje się po kawałku, małymi krokami, jest w życiu łatwiej. Nie ma miejsca na depresje, poczucie bezsensu, nie ma czasu na użalanie się nad sobą. Jest za to więcej satysfakcji, gdy czuje się postępy i widzi naocznie w lustrze efekty własnej pracy.

Są też minusy

Pierwszy minus to zwiększone zapotrzebowanie energetyczne. I nie ma tutaj żadnej opcji w stylu odchudzanie, redukcja etc. Organizm potrzebuje i paliwa, i budulca. W efekcie z konta leci więcej kasy na jedzenie. Chociaż przyznaję sama, że nie liczę jakoś specjalnie zjadanych kalorii, po prostu jem tyle, aby czuć się dobrze i nie być głodną, dbając w miarę o jakość spożywanych posiłków. Przy okazji odkryłam cudowne (i szybkie) przepisy na wegańskie smakołyki zapodawane regularnie przez ekipę Paleolife i teraz poza gorzką czekoladą z zawartością kakao 80-90% w zasadzie nie kupuję słodyczy w sklepach (cholera, miało być o minusach, a tutaj znów wychodzi na plus 😀 )

Drugi minus to często bolące mięśnie. I tutaj wszelkie teksty w stylu: tyle ćwiczysz, to dlaczego ciągle coś cię boli? można włożyć do zestawu pod tytułem „Najbardziej idiotyczne pytania”. Bolesność mięśni po ciężkim treningu to efekt uszkodzenia włókien mięśniowych i jest to naturalny proces zachodzący w mięśniach podczas wysiłku fizycznego. Organizm uszkodzone włókna naprawia, ale robi to z „zapasem”, w efekcie czego możemy w ogóle mówić o wzroście siły i zdolności mięśni do jeszcze cięższej pracy. Ale aby ten progres był, musimy „częstować” mięśnie coraz silniejszym bodźcem, bo z biegiem czasu ich możliwości rosną. Tak oto owa opóźniona bolesność mięśni (ang. DOMS – Delayed Onset Muscle Soreness), często mylnie nazywana zakwasami) jest częstym towarzyszem codzienności.

Trzeci minus jest z tych rzeczy, których bardziej żałuję niestety – nie mam tyle czasu na moją wielką pasję, jaką jest fotografia. Szczególnie ta tradycyjna, czarno-biała, którą swojego czasu pokochałam całym sercem. Pocieszam się jednak, że gdy pod koniec kwietnia maturalna klasa, którą uczę, skończy rok szkolny, to trochę tego czasu odzyskam i zacznę znów uskuteczniać sesje fotograficzne o wschodzie słońca i nie tylko, bo bardzo mi brakuje tych chwil.

Na koniec czwarty minus, choć jest on tak naprawdę dyskusyjny i stanowi rzecz względną. Codzienny trening, gdzie w zasadzie przez większość czasu trzyma się sztangę, kettla lub wykonuje mniej lub bardziej spektakularne rzeczy na drążku sprawia, że dłonie zmieniają się trochę nie do poznania. Robią się twarde, pokryte odciskami (i magnezją :)). Czasami się zedrą tu i ówdzie do krwi. Jak by nie ścinać najbardziej wystających części odcisków, to i tak nie ma innego wyjścia, jak zaakceptować taki stan rzeczy. Nie każdemu to odpowiada – szczególnie nie każdej pani. Ktoś powie – ale przecież można ćwiczyć w rękawiczkach, są skórki gimnastyczne.

Tak, oczywiście. Są. Tyle, że ja nie umiem. Raz założyłam skórki gimnastyczne i pomimo nasmarowania ich magnezją nie czułam w ogóle chwytu drążka. W dodatku warstwa na wewnętrznej części dłoni zabierała mi te kilka milimetrów obwodu przy chwycie, co dodatkowo go osłabiało – a ja mam dość krótkie palce i te milimetry naprawdę robią różnicę. Nie wyobrażam sobie też nie czuć chwytu na sztandze – z drążka człowiek najwyżej zleci na podłogę, po czym wstanie i otrzepie się. Utrata kontroli nad ciężarem wyrzucanym czy rwanym nad głowę może się skończyć znacznie gorzej. Dlatego ja już wolę mieć zjechane dłonie, ale dobrze czuć chwyt. Może i to jest też kwestia dopasowania skórek gimnastycznych do dłoni, ale prawdę mówiąc, nie chce mi się eksperymentować. Gdy zachodzi potrzeba, używam samoprzylepnej cudownej taśmy, dającej +10 do przyczepności i uważam, że jest to najlepsze rozwiązanie, jakie może być 🙂

Tak piszę o tych minusach…

…ale w zasadzie wiele z nich jest bardziej konsekwencjami, które owszem, mogą się wydawać upierdliwe, ale tak naprawdę to poza ograniczeniem czasu na fotografię, reszta spraw nie ma większego znaczenia. Przecież nie będę się przejmować odciskami na dłoniach, a bolące mięśnie nie są jakimś straszną rzeczą nie do przeżycia. No dobra, więcej idzie kasy na żarcie, suple i od czasu do czasu na wizytę u fizjoterapeuty – ale mówi się trudno. Wolę jednak wydać kasę na przysłowiową marchewkę, banany i jarmuż oraz kreatynę z beta-alaniną, zamiast np. na leki na nadciśnienie.

A i na fotografię i ciekawe sesje będzie czas, tylko jeszcze trochę 🙂 Pomysły są i kreatywności nie brakuje, co jest kolejnym zdecydowanym plusem. CrossFit ma to do siebie, że przeciągnie człowieka po podłodze, upieprzy magnezją po pachy, poobija sztangą obojczyki i uda oraz posieka skakanką przedramiona i łydki i ogólnie doprowadzi czasem do łez, ale głowę wyczyści ze wszelkich negatywnych śmieci skutecznie i dokładnie. A z czystym umysłem zdecydowanie lepiej się działa 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website