Minęły dwa tygodnie tydzień od zawodów „The Fittest in Beskidy”. Czemu w ogóle o nich piszę? Było, minęło, fajny event, pamiątkowa koszulka, bawmy się dalej tym CrossFitem. Tyle tylko, że ja tak nie umiem, mam potrzebę uporządkowania myśli i wyciągnięcia wniosków na przyszłość. Bo CrossFit już jakiś czas temu przestał być dla mnie rekreacją, ale chyba teraz zdałam sobie z tego sprawę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Gdybym miała te beskidzkie zmagania określić jednym zdaniem, brzmiałoby ono w stylu „zwycięstwo i porażka są jak Ying i Yang – jedno nie może istnieć bez drugiego”. Albo „nawet jeśli masz silną głowę, crossfitowy mentalny mrok i tak cię dopadnie, czy tego chcesz czy nie”.

Były to moje pierwsze zawody w kategorii całkowicie „Open”, gdzie z moim niewielkim, bo rocznym treningowym stażem, zmierzyłam się z zawodniczkami o dużo większym stażu (i sporo młodszymi ode mnie).

Pokazały mi one, bardziej niż poprzednie, jak ciężką i złożoną wybrałam dyscyplinę, a także na jak wysokim poziomie jest obecnie CrossFit. Wielkim plusem tych zawodów było to, że przed finałem każdy z zawodników miał do wykonania aż sześć (!) workoutów, które były bardzo przekrojowe. Z jednej strony obnażyły wszystkie moje słabe strony, z drugiej ­– podkreśliły te silne. I tak prawie kilometrowy podbieg z 15-kilogramowym workiem z piachem na ramionach pod górę, w błocie po kostki, w ulewie i burzy, był dla mnie absolutną przyjemnością i wspominam go bardzo pozytywnie. Ciężar, spoczywający na barkach stabilnie i wygodnie był najmniejszym problemem. Mało tego – osłaniał mi skutecznie kark przed deszczem i gradem – ja chorobliwie nie znoszę, jak mi kapie zimne za kołnierz – zawsze było to dla mnie powodem frustracji. Tym razem większym problemem było błoto, w którym się ślizgałam jak diabli, o mało nie zaliczając gleby. Ale mimo wszystko – to był tylko niecały kilometr. W porównaniu z dystansami górskimi, jakie przebyłam w swoim życiu z dużo większym ciężarem na grzbiecie, na większej wysokości, w dużo niższych temperaturach i bez perspektywy rychłego powrotu do suchego i ciepłego samochodu – to była ledwie zaprawa. W mięśniach odezwała się pamięć górskich wyczynów, odporność na warunki atmosferyczne i w efekcie ten workout skończyłam na 5 miejscu, z uczuciem niedosytu, że jak to tak – już meta? Ja bym jeszcze pogoniła w górę, dopiero rozgrzałam się porządnie.

Natomiast kompletnie poległam tego samego dnia na workoucie siłowym: 15 rwań jednorącz na zmianę z ziemi 20-kilogramową hantlą, a potem „drabinka” rwań sztangi od 30 kg w górę co 5 kg, aż do 50 kg. Tutaj niestety mój lewy łokieć (z którego urazem się zmagałam niedawno) odmówił współpracy kompletnie i w efekcie przez cały time cap (3 minuty) walczyłam z tą cholerną hantlą. A była to walka nierówna. Rwanie prawą ręką wchodziło jak w masło, lewa ręka – ciągnę w górą całą siłą mięśni korpusu, staram się maksymalnie zaangażować pracę biodrami – nic z tego – blokada i no-rep. To były 3 minuty mojej osobistej hańby. Mało tego – ten workout tak mnie psychicznie zdołował i zastopował, że następny, który był do wykonania po minutowej przerwie, robiłam w stanie totalnego mental darkness – mimo, że mogłam go rozwalić – kompleks 1 burpee + 3 pull-upy na drążku na czas w 3 minuty – marzenie w moim przypadku.

Następne workouty, które robiłam w niedzielę, poszły mi lepiej. W ciągu 10 minut (taki był time cap) oprócz 43 powtórzeń clean & jerków sztangą 35 kg zrobiłam prawie 200 z wymaganych 300 podwójnych skoków przez skakankę – jeszcze miesiąc temu zaliczałam skuchę za skuchą i te „double unders” za cholerę nie wychodziły. Owszem, potem zmęczenie zrobiło swoje i strasznie się z tą skakanką zaplątałam i to jest moja słaba strona, choć „In Progress”. Ale walczyłam do samego końca, nie oszczędzając się, a potem szukałam na podłodze kawałków siebie. A potem jeszcze dogorywałam w kącie, trzymając w garści skakankę jak największy skarb i ocierając łzy wzruszenia, bo jeszcze nigdy nie skoczyłam tylu „double unders” w seriach unbroken.

The Fittest in BeskidyPotem miał miejsce akt czystej przemocy „anaerobowej”. Najpierw 30 kcal na ergometrze wioślarskim, potem 30 wskoków na skrzynię plyometryczną, potem do końca time capu kalorie na Aie Bike’u. Potem minuta przerwy i następny 5-minutowy workout: 30 kcal na tym samym Air Bike’u, 30 wskoków na skrzynię, i reszta czasu kalorie na wiosłach. W pierwszej części się pogubiłam kompletnie: zadziałałam zbyt zachowawczo – mogłam spokojnie mocniej przycisnąć na wiosłach na początku. Wskoki na skrzynię też są lżejsze niż wyglądają, nawet na zmęczonych „czwórkach” w udach. A na Air Bike’u mogę więcej niż mi się wydaje. Druga część workoutu pokazała mi, że potrafię długo w dobrym tempie pracować na zmęczeniu mięśni, a potem wykrzesać z nich siłę eksplozywną.

Ogólnie podsumowując: z dobrego, szesnastego miejsca w kwalifikacjach skoczyłam oczko wyżej, na miejsce piętnaste. I dobrze, i źle. Dobrze, bo jak na mój krótki staż i wiek już kategorii „Masters 40+” mam pewnie wyższy poziom niż sama uważam. Źle, bo wyszły spore dysproporcje pomiędzy moją wydolnością i efektywnością długoczasowej pracy anaerobowej a siłą. Generalnie im dłuższy workout, tym lepiej mi służy.

Minusem jest niestety moje własne podejście. Brakuje mi spojrzenia z dystansu na siebie, na postęp, jakiego dokonałam w ciągu całego roku. Stawiam wobec siebie kolejne, wysokie wymagania, i gdy ich nie spełniam (bo wyżej dupy się nie podskoczy), zderzam się ze ścianą. I mam do siebie pretensje i żal. I wpadam w mentalny dół, przełykam łzy goryczy i porażki i zastanawiam się, czego ja w ogóle w tym CrossFicie szukam.

Muszę to przepracować. Mam skonkretyzowany cel, ale aby stał się on realny, muszę solidnie przepracować podstawy: stabilizacja łopatek, mobilność piersiowego odcinka kręgosłupa, całej obręczy barkowej. Stopniowa praca nad siłą, kontynuacja pracy nad wydolnością. Dalszy postęp w gimnastyce. Cały żmudny proces treningowy, dzień w dzień, bez kompromisów. Z pomocą mi przychodzi moja własna motywacja – ja naprawdę chcę.

Zawody „The Fittest In Beskidy” traktuję teraz jako podsumowanie mojej, trwającej rok, przygody z CrossFitem. Przez ten rok może to była przygoda, trochę szalona, ale teraz pora na stabilniejszy i bardziej świadomy związek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website