Lato. Wakacje. Bliżsi i dalsi znajomi zarzucają media społecznościowe zdjęciami z mniej lub bardziej egzotycznych miejsc. Tak patrzę na te foty, na skąpane w słońcu morze i plaże i… w zasadzie nie czuję nawet odrobiny żalu. W tym roku wyjątkowo pod względem wyjazdowym zaliczam no-repa. Odbiję sobie na przykład zimą – wtedy wezmę psy i pojedziemy na kilka dni w jakieś urocze miejsce w czeskich Sudetach.

Tymczasem od początku wakacji, a konkretnie od skończenia pracy przy egzaminach zawodowych moje dni wyglądają w zasadzie tak samo: pobudka o godzinie 5:30, kawa i lekkie śniadanie. Potem spacer z psami – tak wczesna godzina ma minimum trzy zalety: brak ludzi na naszych spacerowych terenach nad rzeką, temperaturę, którą można spokojnie znieść oraz piękne poranne światło, które docenia każdy fotograf.

Koła gimnastyczne - mają wyjątkową moc wykańczania przeciwnika :)

Koła gimnastyczne – mają wyjątkową moc wykańczania przeciwnika. I chyba dlatego tak je lubię 🙂

Wracamy ze spaceru, psy dostają śniadanie, a ja zbieram się na trening. Do boxa idę najczęściej trochę dłuższą drogą, nad rzeką, omijając główną, zazwyczaj o tej porze ruchliwą krajówkę. W uszach muzyka i 15 minut tylko dla mnie. Koło godziny 8 melduję się w klubie, a trening zwykle kończę koło południa. Potem do domu, po drodze jakieś drobne zakupy, krótkie wyjście „techniczne” z psami, porządny potreningowy obiad i czas dla mnie. Zwykle wtedy trochę pracuję przy jakichś drobnych projektach, ogarniam domostwo, lub po prostu czytam książkę, douczam się albo oglądam crossfitowe podcasty. Czasami na godzinę urwie mi się film i zaliczam krótką drzemkę. Wieczorem, gdy już temperatura robi się znośniejsza, idziemy na dłuższy spacer, potem jeszcze trening biegowy, kolacja… i przychodzi ten moment, w którym cały organizm marzy o spaniu, a mięśnie domagają się czasu dla siebie, aby mogły się zregenerować i dobudować tu i ówdzie.

 

W weekendy nadrabiam różne zaległe sprawy. W soboty zwykle mamy normalny trening, choć nieco krótszy niż w tygodniu, a w niedziele wypadają dłuższe wybiegania oraz starty w kolejnych 10-kilometrowych etapach Letniego Ultramaratonu na Raty, którego pierwsza edycja zdążyła sobie zdobyć już opinię przesympatycznej biegowej imprezy w naszym mieście. 2 września ostatni etap LUMnaR-a i jednocześnie nasz tradycyjny już Bieg Koguta – mam niecałe trzy tygodnie, aby popracować nad wynikiem czasowym 🙂

O tej wspaniałej imprezie napiszę pewnie więcej już po jej zakończeniu, a tymczasem pora na refleksję 🙂 Jeszcze chyba nigdy w życiu nie miałam tak intensywnych i pracowitych, sportowych wakacji. Faktem jest, że przestawienie w życiu priorytetów sprawiło, że są to jednocześnie najuboższe wakacje pod względem imprezowo-towarzyskim. Ale nie żałuję. Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w boxie, ani jednej wylanej kropli potu. Bo widzę progres, stały, równomierny, z tygodnia na tydzień. W lustrze oglądam teraz zupełnie innego człowieka niż jeszcze rok temu, kiedy zaczynałam dopiero wydeptywać swoje nieśmiałe ścieżki w CrossFicie.

Czas na chillout :)

Czas na chillout 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website