Pamiętam ten upalny, lipcowy poranek. Rzeźbione mozolnie podstawy gimnastyki i ćwiczenia stabilizacyjne (w tym TGU z kettlem trzymanym denkiem do góry) oraz w ogóle całe to crossfitowe, holistyczne, choć brutalne, traktowanie aparatu ruchowego organizmu przyniosły przełom. Nie była to wprawdzie żadna rewolucja, ale raczej otwarcie nowych możliwości.

A było to tak, że robiliśmy na zmianę wyciskanie sztangi na ławeczce i dipy na kółkach gimnastycznych. I pamiętam to moje olbrzymie zdziwienie, gdy na te kółka wskoczyłam i zrobiłam bez żadnych problemów serię dziesięciu klasycznych, głębokich gimnastycznych ring dipów. Kółka trzymały się stabilnie, bez telepania, jak jeszcze kilka tygodni temu. W pozycji „ring support” mogłam wreszcie odpocząć i było mi wygodnie.

No i to był ten przełom. Wcześniej, ze względu na problemy z mobilnością obręczy barkowej i problemy ze stabilizacją łopatek, dipy i nawet inne podstawowe ćwiczenia na kółkach były dla mnie koszmarem i ich zwyczajnie nie lubiłam. Wolałam drążek, który ze względu na sztywną konstrukcję, ułatwia stabilizację, przez co ćwiczenia wykonywane na nim są łatwiejsze niż w wersji na kółkach. Te, choć wyglądają niewinnie i są ekstremalnie prostym przyrządem treningowym, brutalnie obnażają wszelkie słabości, braki techniczne, siłowe, jak i braki w mobilności stawów.

Ale jak już weszła ta seria ring dipów, coś się we mnie przestawiło. Po raz pierwszy spojrzałam na kółka gimnastyczne życzliwie (aż mi było trochę głupio, że tak po macoszemu je traktowałam wcześniej), a w głowie mi zaiskrzyło: jeśli robię dipy, jeśli ring support jest dla mnie pozycją, w której czuję się komfortowo, a siłowe pull upy nie są dla mnie problemem i w ramionach siła jest, to może by tak pomyśleć o tym muscle upie? Skoro i tak to lato poświęcam na naukę i doskonalenie crossfitowych skillów, skoro tyle tej gimnastyki robię, to mogę przecież wziąć się za to owiane już legendą, ćwiczenie.

No to zaczęłam. Nasz trener rozpisał plan całej progresji, a ja się zawzięłam i praktycznie teraz każdego dnia spędzam część treningu z tym, tak nielubianym jeszcze do niedawna sprzętem.

Nie jest łatwo. False grip (głęboki chwyt, umożliwiający wykonanie ruchów zarówno typu „pull”, jak i „push”) jest bolesny, choć jest już lepiej, bo tkanki się już trochę przyzwyczaiły do mocnego nacisku kółek, przedramiona wzmocniły, a dodatkowe odciski u nasady dłoni chronią skórę przed bolesnymi pęcherzami. Ale na początku, jak robiłam pierwsze siłowe pull-upy z false gripem, w oczach stawały mi łzy bólu, bo miałam wrażenie, że drewniane obręcze miażdżą mi nadgarstki. Kółka gimnastyczne w porównaniu do drążka, wymuszają inną pracę nadgarstków i dłoni i trzeba się po prostu do tego przyzwyczaić. Ale przecież jeszcze rok temu przysiad z pustym gryfem nad głową był dla mnie bolesną torturą, niewygodną, a teraz siadam bez większych problemów z 40 kilogramami.

Na razie nie myślę nawet o Muscle Upie wykonywanym po „crossfitowemu”, dynamicznie, z „kopnięcia biodrem”. Mam obsesję na punkcie ładnego, poprawnego technicznie ćwiczenia w wersji „strict” – czyli w stu procentach siłowego wejścia na kółka ze zwisu – i do tego dążę. Na kipping przyjdzie czas później – nie chcę, aby mój ring muscle up wyglądał jak niezdarne i rozpaczliwe gramolenie się na kółka, ale aby był poprawny technicznie i zwyczajnie ładny pod względem gimnastycznym. Stawiam tutaj zdecydowanie na jakość, wiedząc z doświadczenia, że jeśli się solidnie zbuduje podstawy siłowe, to i efekty są, a barki też są wdzięczne za ich humanitarne traktowanie.

Założyłam sobie, że po każdym treningu, gdy już mam porządnie rozgrzane barki, wskakuję na kółka. Oprócz tego, nie ruszam się w zasadzie z domu na spacer z psami bez moich własnych kółek w plecaku. Wychodzimy na poranny spacer około 40 minut wcześniej, sprzęt wieszam na drążku na jednym ze stanowisk „ścieżki zdrowia” w parku, krótka rozgrzewka barków i przynajmniej te ring dipy, wejście z pull-upa na dipa oraz muscle upy ze wsparciem nogami na ziemi, w wersji negatywnej. Wychodzę z założenia, że lepiej robić krótsze sesje, ale konsekwentnie, każdego dnia. A i dzień potem jest fajniejszy, jak się go tak miło zacznie 🙂

Gimnastyka na kółkach to ciężka, bolesna i wymagająca dyscyplina. Kółek się nie oszuka. One skutecznie nauczą podejścia do nich z pokorą i szacunkiem, a po treningu pozostawią odciski na dłoniach, otarcia na ramionach i wrażenie, że każdy mięsień woła o odrobinę litości.

Za to satysfakcja z takiego treningu jest gwarantowana, i rośnie apetyt na więcej. Pewnie po Muscle Upie przyjdzie czas na archers pull ups, może nawet i na Iron Cross? Nie przypuszczałam, że tak się stanie, ale ten niewinnie wyglądający przyrząd treningowy stał się jednym z moich ulubionych, i że coraz głębsza przyjaźń z nim przyniesie w krótkim czasie konkretne korzyści pod każdym względem: mobilność barków, rosnąca siła, poprawa stabilizacji, wyczucia równowagi, oraz wspaniały sposób na spędzenie czasu w plenerze – trening na świeżym powietrzu, w lesie, w okolicznościach przyrody to zupełnie co innego niż trening w boxie. Kółka mają wielką zaletę: są lekkie i poręczne. Można je bez problemu zabrać ze sobą praktycznie wszędzie, gdzie tylko da się je zawiesić (niestety ze sztangą już nie jest tak wygodnie). A w naszych leśnych zakątkach nad Odrą takich miejsc nie brakuje.

A potem po solidnie odpracowanym treningu, ulubione piwo smakuje wyśmienicie.

Bo w końcu w CrossFicie też chodzi o to, aby się tym ciężkim treningiem cieszyć, aby znajdować przyjemność w dążeniu do postawionego sobie celu. Tylko wtedy CrossFit będzie źródłem motywacji i radości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website