Jest!!!

Dzień w dzień mozolnie rzeźbiona progresja przyniosła rezultaty i pewnego dnia, a był to ponury, pochmurny listopadowy wtorek, zrobiłam pierwszego pełnego RX-owego Strict Ring Muscle Upa.

Nie był to dobry dzień

Bo mało spałam w nocy, w poniedziałek do późna siedząc nad projektem kalendarza dla Fundacji Kocie Życie. Rano trzeba było wstać do pracy, a w pracy, jak prawie co dzień – wszystko na RX-ie, mówiąc krosfitowym językiem. Po pracy sprint do domu, psy na krótki spacer i na trening.

Po treningu, na którym były strict pull upy, a potem thrustery z przeskokami przez skrzynię i po nagraniu WOD-a kwalifikacyjnego na grudniową edycję zawodów Test of Fitness, stwierdziłam, że jeszcze na zakończenie zrobię ze trzy-cztery serie chest-to-ring z przytrzymaniem kółek przy klacie. Żeby jednak trzymać się postanowienia, że po każdym treningu wskakuję na kółka i robię coś w kierunku muscle upa. Dobrze, odpuszczam ring dipy i transition, niech mi barki choć trochę odpoczną, ale chest-to-ring zrobię i przy okazji podszlifuję siłę false gripa.

A jednak…

Magnezja na ręce, łapię za kółka, poprawiam false gripa i ciągnę swoje 63 kilogramy w górę. Poszło lekko, przyciskam kółka do klaty i sobie spontanicznie myślę – a co będzie, jeśli zanurkuję głową do przodu, a kółka spróbuję odkręcić na zewnątrz, do ramion? Po chwili czuję ich nacisk w okolicach bicepsów, i ze zdziwieniem stwierdzam, że przecież jestem w pozycji „ring dip hold”. A skoro jestem w dipie (dobrze, że nie w d*pie), to… i w tym momencie słyszę, jak dziewczyny krzyczą do mnie z dołu: “dawaj do góry, dawaj!!!”.

W stanie jakiegoś kompletnego mentalnego zamroczenia z całej siły naciskam na kółka, pchając je w dół i pomału, z wysiłkiem i ciągle nie wierząc w to, co się dzieje, dźwigam się do pozycji „ring support”. Prostuję ręce w łokciach, w głowie eksplozja endorfin, a ja ciągle nie wierzę. Zaciskam mocno dłonie na kółkach i dopiero w tym momencie wraz z brawami od dziewczyn z dołu, dociera do mnie prawda. Że w końcu to zrobiłam. Strict. Ring. Muscle. Upa. Który był moją obsesją, który nieraz śnił mi się w nocy. Nad którym dzień w dzień pracowałam, hodując na dłoniach i nadgarstkach kolejne odciski. Wyszedł wtedy powoli i niezdarnie, bo do samego końca byłam przekonana, że się nie da. Bo dałam się własnemu ego przekonać, że przecież mam zajechane ramiona, bo poprzedniego dnia przez ponad godzinę rzeźbiłam na niskich kółkach skalowane Muscle Upy (z klęku i z pomocą cienkiego powerbanda) i różne ćwiczenia akcesoryjne. Że workout kwalifikacyjny mnie przeczołgał. Że mam za sobą ciężki dzień, mało snu, i do tego nie zdążyłam zjeść obiadu, wciągając na szybko kupionego w klubie power bara.

Warto się nie poddawać. I warto czasami pójść na przysłowiowy spontan. Bo potem to uczucie radości i emocje rozsadzające serducho, gdy prostuje się łokcie w ring support, zaciskając dłonie na kółkach i czując ich nacisk na przedramionach, nie dają się z niczym porównać.

W kolejnych dniach pracowałam nad tym świeżo okiełznanym „skillem” i w końcu go nagrałam:

Jeszcze nie do końca jest idealny, sporo mu brakuje, bo nogi żyją trochę własnym życiem i prawy łokieć trochę mi uciekł. Ale jak na jeden z kilku pierwszych powtórzeń, myślę, że już się nadaje do pokazania światu. Tym bardziej, że potem pięć ring dipów weszło (skoro już się wdrapałam na te kółka na samą górę, to żal było nie skorzystać 🙂 ), a całość zakończyłam negatywną wersją Ring Muscle Upa i wyszła ona całkiem zgrabnie. 

Pora też na refleksje i wnioski.

Może akurat ktoś z czytających skorzysta 🙂

  1. Czy czuję się jakoś inaczej? Nie. Jeden w miarę poprawnie wykonany, siłowy Ring Muscle Up niczego w moim życiu ani na krosfitowej drodze nie zmienia. Jedynie mi uświadomił, jak dużo pracy przede mną. Ale też zwiększył apetyt na więcej, bo potwierdził, że okiełznanie kółek gimnastycznych, przynajmniej na podstawowym poziomie, jest wykonalne i w zasięgu nawet moich możliwości, bo żadnym urodzonym gimnastycznym talentem nie jestem, mało tego, jestem w wieku Masters 45+. Poza wszystkim – mój staż treningowy – raptem półtora roku – ciągle jeszcze kwalifikuje mnie jako świeżaka, przed którym jeszcze ogrom pracy, bo niektóre zakątki jeśli chodzi o umiejętności przypominają ciągle tereny dziewicze. 
  2. Progresja i konsekwentna praca działa. W praktyce wygląda to tak, że przed lub po treningu, codziennie po około godzinie, rzeźbię trzy, czasami cztery ćwiczenia, wybrane z całego zestawu progresji do ring muscle upa (łącznie z mobilnością obręczy barkowej). I choć czasami kusi, aby odpuścić, choć ta praca jest bardzo żmudna, przypominając mozolne, rzemieślnicze rzeźbienie detali, to ostatecznie mówię swojemu ego “zamknij się” i łapię za kółka. Bo jeśli nawet mam zaorane ramiona i nie jestem w stanie wycisnąć z nich za dużo, to przecież mogę poćwiczyć siłę false gripa, której nigdy nie za dużo. A akurat false grip jest elementem, który długo sprawiał mi problemy i ciągle jeszcze brakuje mu do ideału, ale przynajmniej czuję już jako taki komfort. Można też porobić ćwiczenia angażujące cały core i plecy – np. plank jednorącz, czy “hips to ring”.
  3. Nie zrażać się i nie zniechęcać. False grip na początku jest straszny, pierwsze próby zwisu na kółkach z tym chwytem to zaciskanie zębów z bólu (przynajmniej u mnie). Ale to mija, a gdy wejdą pierwsze siłowe pull upy z false gripem, to później jest już nieco lepiej, choć nadal ciężko i mozolnie. Ring Muscle Up jest złożonym i trudnym ćwiczeniem, wymagającym sporej siły, którą trzeba zbudować i nie ma tutaj drogi na skróty, bo kółek się nie oszuka. Nie ma innego wyjścia, jak polubić sam proces progresji. Polubić codzienną dawkę żmudnej pracy i zaakceptować fakt, że efekty nie przychodzą z dnia na dzień, że bez cierpliwości się nie da. Ten punkt w dużej mierze kieruję do pań, które w zdecydowanej większości przypadków muszą od podstaw zbudować siłę gimnastyczną, szczególnie ramion, barków i pleców, wkładając w ten proces więcej pracy niż panowie. Ale jest to wykonalne i ta praca na pewno zaprocentuje.
  4. Progresja do Ring Muscle Upa (jak również do wielu innych ćwiczeń złożonych ruchowo) jest budowaniem go z kawałków: pull-up z pełnego zwisu z prostymi łokciami, przejście do dipa (tzw. transition), ring dip i wreszcie ring support na końcu, znów z pełnym wyprostem łokci. Każdy z tych elementów rzeźbi się osobno, aby je potem połączyć w jedną całość (co zwykle na początku nie jest proste). Każdy z tych elementów też można ćwiczyć na zasadzie progresji – nie jesteś w stanie zrobić pełnego głębokiego ring dipa, to uczysz się go, zaczynając od wersji skalowanej (np. opierając nogi na ziemi, talerzu albo skrzyni), umożliwiającej wykonanie poprawnego ruchu. Cały proces przypomina budowanie skomplikowanej konstrukcji, i od tego, jak solidne fundamenty się pod nią zbuduje, zależy jej końcowa forma i trwałość.
  5. Nie ma sensu pośpiech. Lepiej więcej czasu poświęcić np. na ćwiczenia poprawiające stabilizację kółek, niż potem, wykonując RMU na zmęczonych mięśniach nie utrzymać łokcia przy tułowiu i nabawić się kontuzji. Kontuzja wyłączy na dłużej niż czas poświęcony na solidne budowanie stabilizacji.
  6. Zrobić sobie plan pracy nad RMU, np. tygodniowy. Ja mam cały plan treningowy rozpisany w arkuszu kalkulacyjnym na Google Drive i ten sposób świetnie się sprawdza. Ale oczywiście można korzystać z jakiejkolwiek innej opcji – przez długi czas prowadziłam normalny, klasyczny notatnik treningowy i też było OK. Tyle, że w arkuszu kalkulacyjnym mogę wkleić linki do konkretnych ćwiczeń, a potem w czasie treningu zerknąć i ewentualnie skorygować to, co robię. Dlatego właśnie przeniosłam się z dziennikiem treningowym w przestrzeń wirtualną 🙂
  7. Czas, jaki się poświęci pracy na kółkach, nie będzie czasem zmarnowanym. To jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Są bardzo wymagające, dają silny bodziec dla mięśni, ale korzyści, jakie się zbiera już po kilku tygodniach systematycznego treningu, przekładają się na wiele innych aspektów CrossFitu i w ogóle aktywności fizycznej. Warto się z kółkami gimnastycznymi zaprzyjaźnić, choć jest to trudna przyjaźń.

Pamiętam pewien lipcowy, upalny poranek minionych wakacji, gdy po raz pierwszy w życiu zrobiłam na kółkach (niskich, zawieszonych na drążku) zestaw ćwiczeń przygotowujących do progresji RMU, trwający około godziny. To mnie wtedy prawie zabiło. DOMS-y na następny dzień miałam takie, że ledwo się ruszałam (a byłam już wtedy po roku treningów i wydawało mi się, że już całkiem sporo potrafię). Gdyby wtedy mi ktoś powiedział, że za cztery miesiące zrobię ogólnie poprawnego siłowego Ring Muscle Upa, to bym go wyśmiała. A potem po raz drugi, gdyby mi powiedział, że kółka gimnastyczne staną się jednym z moich ulubionych narzędzi treningowych.

Niemniej jednak, choć do końca nie zdawałam sobie z tego sprawy, spojrzałam na nie życzliwiej, w serduchu coś tam zaiskrzyło, a jak mi się coś takiego dzieje, to zaczyna się dziać też naprawdę.

I oby działo się jak najdłużej. Teraz pora na szlifowanie jakości jeszcze świeżego Ring Muscle Upa i przygotowywanie do wykonanie go w wersji z kippingiem. Mam też apetyt na więcej: Skin the Cat, Archer’s Pull-up, może Front Lever? A za rok kto wie, może i Back Lever wyjdzie? Albo Iron Cross?

Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że tak się potoczy moje życie 🙂 Mam przeczucie, że w mojej CrossFitowej drodze to właśnie gimnastyka będzie tą najważniejszą siłą napędową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website