Ten cytat z Tolkiena chyba najlepiej opisuje całokształt. Dawno tu nic nie pisałam, ale chyba dlatego, że niewiele się zmienia w sensie stałości i konsekwencji. Pora jednak na kolejny kawałek moich crossfitowo-zawodniczych przygód 🙂

The Test of Fitness 2018

The Test of Fitness 2018 – WOD 3

Poprzedni rok zakończyłam z lekkim „przytupem” całkiem udanym startem w zawodach „Test of the Fitness”, które się odbyły w grudniu w CrossFit Południe w Katowicach. Zawody ostatecznie skończyłam mieszcząc się w pierwszej dziesiątce na 25 startujących zawodniczek. Wróciłam do domu masakrycznie zmęczona, ale zadowolona 🙂 Ogólnie do tych zawodów podeszłam całkiem na luzie, bez spiny, nastawiając się przede wszystkim na dobrą zabawę. I było to bardzo dobre podejście. W ogóle świetna atmosfera i organizacja, posiłek regeneracyjny w pakiecie startowym mega wypas i do tego vege 🙂

Byliśmy na tych zawodach większą ekipą, startowaliśmy łącznie w pięć osób. I najpiękniejsze było to, że mimo, że rywalizowaliśmy ze sobą w tych samych kategoriach, wspieraliśmy się, kibicowaliśmy sobie nawzajem i cieszyliśmy się swoimi małymi sukcesami. To jest to, co najpiękniejsze w sporcie 🙂

48385478_2259353014278218_6399332577609515008_n

 

Pobyt w Katowicach zakończyliśmy wspólną wyżerką w pizzerii i udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Były to zawody, które bardzo miło wspominam. Które okazały się pomyślnie zdanym sprawdzianem mojego poziomu, choć workouty nie były szczególnie przekrojowe. Obliczone były przede wszystkim na mocne płuco niż silnego bicka 😉

Road to Medieval Games

Pod koniec 2018 roku zrobiłam niezbędny krok do realizacji mojego nieśmiało kiełkującego marzenia i zapisałam się na kwalifikacje do największych w Polsce zawodów – Medieval Games, mając w końcu zamiar zadebiutować w swoich kategoriach wiekowych. Niestety na samym starcie, jeszcze przed ogłoszeniem WOD-ów kwalifikacyjnych okazało się, że nie będzie łatwo – w tym roku organizator mocno obciął kategorię Masters kobiet i przewidział tylko osiem miejsc premiowanych w kategorii 35+. Nie było natomiast w ogóle kategorii 40+. Miałam więc do wyboru albo 35+ (bardzo silnie obsadzoną) oraz Open. Zaryzykowałam i wpisałam się do Masters 35+.

W okolicach 20 stycznia opublikowano WOD-y kwalifikacyjne. I zaczął się wtedy mój kilkudniowy koszmar. Mianowicie przeżyłam totalne zwątpienie. Poprzeczkę ustawiono dużo wyżej niż na kwalifikacjach rok temu (jesienią robiłam wszystkie WOD-y kwalifikacyjne, plasując się ze swoimi wynikami na 4-5 miejscu w Masters 40+). Był m.in. Bar Muscle Up, z którym się nadal ciągle męczę, było rwanie do siadu – moja wielka słaba strona. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja aby na pewno dobrze zrobiłam.

Z pomocą przyszedł nasz trener i przyjaciele z boxa. Po kilku szczerych rozmowach, które zmusiły mnie do rewizji własnego podejścia podjęłam wyzwanie. Ogólnie były to prawie dwa tygodnie nagrywania workoutów kwalifikacyjnych. Czułam się jak na zawodach online. Na szczęście ten czas zbiegł się z okresem zimowych ferii, na treningi przychodziłam rano, a potem mogłam spokojnie odpocząć i zregenerować siły na następny dzień zmagań.

Było ciężko. Cholernie ciężko. To już nie były niewinne workouty na zawody dla amatorów. Tutaj już się zaczął naprawdę jeden z najbardziej stromych odcinków mojej dotychczasowej drogi. Do dwóch z trzech workoutów podchodziłam po dwa razy, do trzeciego – aż trzy razy. Był to bardzo brutalny, choć piękny sprawdzian mojego poziomu i silnej głowy. Pozbierałam potem to wszystko i zrobiłam kompilację fragmentów każdego z WOD-ów. Film nudny, ale dla mnie stanowi cenną dokumentalną pamiątkę 🙂

Ostatecznie, po weryfikacji nagrań przez organizatora, zakwalifikowałam się do finałów Medieval Games w kategorii Open. W Masters 35+ brakło mi jednego punktu i tam skończyłam kwalifikacje na 9 miejscu na 22 zawodniczki, co przy moim półtorarocznym stażu uważam i tak za całkiem dobry wynik.

Moje nieśmiałe marzenie spełniło się. Uważam to za najlepszą nagrodę za wysiłek i pracę, jakie włożyłam w ciągu ostatniego roku.

Żeby nie było nudno, zaraz po zakończonych kwalifikacjach do Medieval Games, rzutem na taśmę, nagrałam trzy WOD-y kwalifikacyjne do Battle of Poland i tam już bez większego problemu zakwalifikowałam się w kategorii Masters 35+, pomimo dużego zmęczenia i fizycznego, i psychicznego. Finały są pod koniec czerwca we Wrocławiu, więc żal było nie skorzystać z okazji 🙂

Teraz mocno pracuję przygotowując się do kwietniowych finałów Medieval Games, ale jednocześnie zmieniłam swoje podejście, w dużej mierze pod wpływem rozmów z naszym trenerem oraz po wielu godzinach wewnętrznego dialogu z własnym ego.

Koniec z przejmowaniem się

… tym, czego nie umiem lub idzie mi gorzej. Nie we wszystkim progres jest tak samo szybki, nie zawsze jest on liniowy. Przestałam się przejmować, że nie umiem Bar Muscle Upa (wsparcia ciągiem na drążku). Pracuję nad nim, ale widzę, że wymaga on w moim przypadku dłuższej pracy niż Muscle Up na kółkach gimnastycznych. W końcu wejdzie, wiem to.

Podobnie z ciężarami. Pracuję tyle, ile mogę nad rwaniem. Jest to trudna technika i nie mogę wymagać od siebie, że po półtora roku treningów, z czego pierwsze sześć miesięcy zajęło mi doprowadzenie siebie po dawnych kontuzjach do jako takiej funkcjonalności – będę rwać ciężar równy masie mojego ciała. Do tego potrzebny jest czas i tego się nie przeskoczy.

Dlatego pracuję nad swoimi słabymi stronami, ale bez spiny, bez stresu. Przekonałam się, że więcej osiągnę, stawiając na radość z pokonywania kolejnych odcinków mojej crossfitowej drogi niż w stresie, wbrew sobie, zdzierając dłonie do krwi zmagając się n-tą godzinę z nieszczęsnym Bar Muscle Upem.

Słowo-klucz: zaakceptować samego siebie

W końcu, po długim czasie pogodziłam się z faktem, że mam takie, a nie inne genetyczne predyspozycje i strukturę włókien mięśniowych, która szybciej i lepiej reaguje na ćwiczenia z ciężarem własnego ciała. Dziadek – biegacz długodystansowy, jego brat – gimnastyk. U mnie np. godzinny trening na kółkach gimnastycznych przekłada się na większy progres niż tyle samo trwający trening ze sztangą. Mało tego – na kółkach czy drążku mogę spędzić więcej czasu bez większych problemów z późniejszą regeneracją mięśni. Po ciężkim treningu ze sztangą potrzebuję tego czasu na regenerację więcej.

Pamiętam, że jakoś wiosną ubiegłego roku, jak się przygotowywałam do Debiutów w Łodzi, miałam na siebie strasznego focha. Bo ja chciałam pizgać żelastwem, rwać i zarzucać do siadu kolejne PR-y. Dwubój olimpijski strasznie mi imponował (i do tej pory imponuje). I jak po drugich wtedy warsztatach gimnastycznych przekonałam się, że mam większe predyspozycje właśnie do gimnastyki, byłam na siebie obrażona. Bo to było nie tak, jak chciałam. Na warsztatach z dwuboju olimpijskiego, które były jakoś w podobnym czasie, koleżanki z naszego boxa robiły kolejne PR-y, a dla mnie wielkim wysiłkiem był squat clean & jerk z 40-kilogramową sztangą. Rwanie do siadu to była natomiast totalna porażka. Natomiast na warsztatach gimnastycznych, jako jedyna chyba osoba w nich uczestnicząca poza naszym trenerem, zrobiłam trzy pełne dipy na kółkach, choć nie miałam z nimi do czynienia wcześniej. Siłowe podciągnięcia na drążku też nie były dla mnie większym problemem. Ani L-sit w zwisie. Ale nie, to nie było dla mnie ważne, ja miałam wtedy strasznego doła przez to, że jestem d**pa w ciężarach. Bo ja nie chciałam być odbierana jak jakaś małpa w cyrku, co robi dziwne rzeczy na drążku czy kółkach, ja chciałam być prawdziwą, silną crossfitterką, biorącą stówkę na zarzut do siadu.

Dużo czasu musiało upłynąć, abym to nastawienie do siebie zmieniła. Przyczynił się do tego na pewno zimny prysznic mentalny po zawodach „The Fittest in Beskidy”, który skłonił mnie do pierwszej głębszej refleksji. Że bez budowania podstaw nie ma szans na sukcesy. A w crossfitowej piramidzie skillów to właśnie gimnastyka jest bazą dla ciężarów.

I w końcu w

Inverse hang

Inverse hang

któryś upalny lipcowy dzień przełamałam lody, własne fochy i bunty i przeprosiłam się z drążkiem, z kółkami gimnastycznymi i całą resztą tych narzędzi tortur, dla których głównym elementem jest praca z własnym ciałem i jego ciężarem. Było to trochę jak spotkanie z najlepszym przyjacielem, który zawsze na mnie cierpliwie czekał.

Odkryłam, że gimnastyka jest fajna, że daje mnóstwo satysfakcji. I od tamtego czasu zaczęły mi też iść w miarę do przodu ciężary.

Co prawda najbardziej mi „leżą” kółka gimnastyczne, po długim czasie polubiłam je na tyle, że teraz nie wyobrażam sobie treningu bez nich, ale też one bardzo pomogły mi w odzyskaniu pełnej sprawności kontuzjowanego niegdyś barku i w wyleczeniu lewego „łokcia golfisty”.

W każdym razie pogodziłam się z sobą, zaakceptowałam fakt, że w moim przypadku to proporcjonalna siła gimnastyczna jest moją silną stroną, ale też znalazłam w tym źródło satysfakcji i radość. Mistrzynią sztangi raczej nie będę, ale kółka i drążek też są OK 🙂 I kto wie, może to właśnie one za ileś lat będą moją ścieżką w CrossFicie?

I teraz widzę jedno – przy takim nastawieniu widzę progres. W clean & jerku weszło pewnego jesiennego dnia 55 kg, w rwaniu do siadu pomału realne robi się 40 kg. Martwy ciąg to już w ogóle bajka, bo wchodzi 110 kg.

A ja po prostu się cieszę samym procesem treningowym. Wiem, że nie w każdej dziedzinie CrossFitu będe mieć identyczny postęp. Nie zawsze też będzie on liniowy. Ale wskakując na kółka i robiąc trzy-cztery strict muscle upy pod rząd, czuję w sercu, że jestem sobą. I to jest dla mnie najlepszy CrossFit, jaki tylko mogę sobie wymarzyć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website